wtorek, 4 kwietnia 2017

Szetlandy Szczęśliwe



Na horyzoncie delikatnie zarysowują się grafitowe linie skał. Poranek wita nas rześko, słonecznie i nawet rozkołys mieści się w granicach przyjemnej normy. Na maszcie smukły kształt żagla pręży się w bajdewidzie – jednym słowem wszystko jest tak jak być powinno. 
Dzień dobry Szetlandy!
K. Pawełczyk

Do lądu pozostało jakieś 20 mil, więc na wieczór powinniśmy już zacumować w schowanym we fiordzie Lerwick – stolicy Szetlandów. Słońce przyjemnie pieści odkryte skrawki ciała, które ograniczają się zaledwie do policzków i nosa, co nie przeszkadza mi w uskutecznianiu plażingu na pokładzie. 
Leżing, plażing, smażing - takie wachty to ja rozumiem!
G. Sokołowicz

Monika na szczęście już się całkiem nieźle czuje i chętnie siada za sterem. Ba, prowadzimy nawet ożywione dyskusje na tematy wszelakie, dzięki czemu czas wachty leci wyjątkowo szybko jak na tą podróż. Chociaż muszę przyznać, że bardzo dobrze nam się również razem milczy – a to jak wiadomo jest bardzo korzystnym zjawiskiem, nie tylko na morzu :). Piękna pogoda i fenomenalne szetlandzkie wybrzeże wyciągają na pokład niemal całą załogę. Gosia jak zwykle melduje się z aparatem gotowym do uchwycenia najlepszych kadrów z malowniczej pocztówki jaka nas otacza – ostre skały wystające groźnie z morza, strome klify, o które przepięknie rozbijają się wysokie fale, nieprawdopodobnie zielone łąki z setkami kucyków i owiec, a do tego skromna i bezpretensjonalna zabudowa, delikatnie wkomponowana w krajobraz.
Zielone Szetlandy
K. Pawełczyk




 Humory dopisują na tyle, że ekipa do tej pory targana chorobą morską, zgłasza się na ochotnika do jachtowego Master Chief’a . Zuza z Alą krzątają się po kambuzie, wyciągając z otchłani bakist zapomniane skarby – tuńczyka, ryż, kukurydzę.  
W poszukiwaniu skarbów
K. Pawełczyk

O zachodzie słońca mamy więc prawdziwą ucztę: sałatkę z tuńczyka i tosty z najróżniejszymi dodatkami. Do końca rejsu zostało jeszcze wprawdzie sporo czasu, ale już teraz mogę z czystym sumieniem ogłosić, że są to najlepsze 24 godziny spędzone na wodzie podczas rejsu Islandia – Szkocja!
Radość na pokładzie - bezcenna!
K. Pawełczyk

Lerwick wita nas ogromną ilością czerwonych i zielonych boi – to oznaczających wejście do porcików, których jest tu nadprogramowo dużo, to zaś wyznaczających tor wodny. Wreszcie w paradzie świateł udaje nam się zidentyfikować nasze miejsce docelowe. Porcik, a w zasadzie wybetonowana maleńka zatoczka pozwala na zacieśnioną cyrkulację i w zasadzie to tyle. Przy niewielkiej pływającej kei stoi już jakaś jednostka, na szczęście zacumowana na tyle racjonalnie, że nawet niedoświadczony sternik byłby w stanie zaparkować longside, nie ryzykując bliskiego spotkania z sąsiadem. Damska część załogi idzie na misję poszukiwawczą. Bosmanat, miejskie toalety z prysznicami i wifi znajdują się w odległości mniejszej niż 30 metrów od jachtu, czyli idealnie. Okazuje się jednak, że nie wyczerpaliśmy limitu szczęścia tej doby i ktoś z lokalnego klubu żeglarskiego ofiaruje nam klucze do siedziby klubu, gdzie możemy wziąć gorący prysznic za symboliczną opłatą i skorzystać z bardzo dobrego wifi. Intuicja podpowiada mi, że będą to przyjemne cztery dni na Szetlandach w oczekiwaniu na przejście kolejnych sztormów.    
Katarzyna Pawełczyk

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza