wtorek, 17 maja 2016

Na spotkanie z Oceanem!



Nad Radazul świt nieśmiało przejmuje panowanie nad nocą. Lekka szarówka budzi do życia co odważniejszych osobników, którzy owładnięci chęcią rzucenia cum, wyskakują sprawnie ze śpiworów, szykując się na spotkanie z oceanem.  Śniadanie zjemy na już wodzie, co niestety nie wszystkim wyjdzie na dobre. Ostatnie spojrzenie na port, przydzielenie zadań przy odejściu od kei – w piekielnie ciasnym i wymagającym miejscu, przygotowanie szpringu rufowego i już zapalam silnik na znak kompletnej gotowości do ruszenia ku przygodzie. Wrzucam wsteczny, dziób zgodnie z planem odkleja sie od nabrzeża. Kiedy wychylenie osiąga maksimum, pada komenda na oddanie szpringu – wrzucam bieg do przodu. Z tyłu głowy pojawia się czerwona lampka – nie przejdę, jest za ciasno – w dokładnie tym samym momencie jakaś piekielna siła zatrzymuje łódkę. To płetwa sterowa zahaczyła o  mocno napięte muringi. Na szczęście na miejscu pojawiają się żeglarze z ów jachtu, którego muringi stanęły nam na drodze i rozluźniają więzy, oplatające nasz ster. Teraz już idzie gładko. Dziób sprawnie wychyla się ku wyjściu z mariny, zostawiając z tyłu śpiące jeszcze jachty.
Ocean wita nas spokojną, niemalże gładką taflą. Prognozy wiatrowe są pomyślne i nic nie zapowiada walki jaką będziemy musieli stoczyć już pierwszego dnia. Na horyzoncie widać spowite deszczem Santa Cruz – kolejny argument dowodzący, że warto wcześnie wstawać. Szaro-granatowa chmura szybko przesuwa się jednak w naszą stronę, urządzając regaty w których nie mamy szans już od samego początku wyścigu. Razem z chmurą nadciąga zimny, silny wiatr a ocean natychmiastowo zamienia się w rollercoster.
Ocean zaczyna się burzyć...
K. Pawełczyk
Każda kolejna fala robi się większa, a zjedzenie śniadania urasta do rangi nie lada wyczynu. Pierwsze niezaprzeczalne oznaki choroby morskiej czają się na pokładzie, a pluszak przeznaczony dla prezesa wyjazdu niecierpliwie czeka na swojego właściciela. Że będzie solidne rzyganie – nie mam złudzeń, pozostaje tylko obstawianie ilu dzielnych załogantów zmorze i na jak długo. Pierwszy oddaje hołd Neptunowi Sebastian. Do analizy zawartości żołądka dodajemy misia i tytuł prezesa – było o co walczyć! Inni również się nie poddają i po dwóch godzinach od wypłynięcia, zostają już tylko trzy osoby, które nie sprawdzały czy śniadanie w obie strony smakuje tak samo – ja, Filip i Jasiek. Ocean nie daje jednak za wygraną i śle coraz bardziej rozwścieczone fale.
Wpływamy w strefę akceleracji – wiatr tężeje z minuty na minutę, a nowicjusze mają serdecznie dość. Wizja płynięcia na Gomerę wydaje się karkołomna, jednak ze wszystkich sił chce dopłynąć jak najdalej, licząc że za chwilę wpłyniemy w strefę ciszy, w której Teide da nam trochę wytchnienia.  Niestety wiszący za burtą nie mają nadziei, na to że na oceanie może być przyjemnie i w przerwie między wsadzaniem głowy w worek wspominają o zawinięciu do najbliższego portu. Za słynnym rajem surferów El Medano, ostrzymy do wiatru tak by obrać kurs na Gomerę. Oczywiście wraz z wyostrzeniem, odczucia znacznie się pogarszają, a chorujący nawet nie chcą słyszeć o zejściu pod pokład i złożeniu się do koi. Nie mam im tego za złe – sama pamiętam, kiedy w obawie przed potęgującym złe samopoczucie zejściem pod pokład, wolałam marznąć w kokpicie. Argumenty o zbawiennym działaniu snu i pozycji horyzontalnej, oczywiście odbijają się echem. Los tak chciał, że moja choroba morska objawia się najczęściej w dwóch odsłonach – bezsenności lub wręcz przeciwnie potrzebie spania cały czas. Tym razem senność postanowiła wziąć górę. Zostawiam więc stery pod opieką zaufanego i doświadczonego oficera, a sama udaje się do koi na krótką drzemkę. 
Ster został w dobrych rękach ;)
K. Pawełczyk

Nie zdążę jeszcze dobrze wejść do śpiwora, kiedy słyszę swoje imię i jakieś poruszenie w kokpicie. Czekam chwilę aby nabrać pewności, że jestem absolutnie niezbędna i muszę się wygrzebać ze stęsknionego śpiworka. Otrzeźwia mnie natychmiastowo zupełnie poważnie brzmiąca informacja, o tym że Sebastian szykuje się do wodowania pontonu i dostania się nim na brzeg. Kiedy wybiegam do kokpitu widzę pogrążonego w amoku i wysoce zdeterminowanego Sebę by jak najszybciej opuścić pokład jachtu. Nie zastanawiając się, zbiegam do nawigacyjnej po locję i szukam najbliższego portu. Jest – zaledwie 5 mil od nas na trawersie. Obiecuje zdesperowanym załogantom, że koszmar skończy się za godzinę. Wyznaczam kurs na port i zabieram się do studiowania locji, w której autor grzmi o ryzyku i niebezpieczeństwie wchodzenia do mariny przy tym wietrze. W gardle rośnie mi gula trudna do przełknięcia, a w głowie pojawia się stara zasada mówiąca o tym,  że w takich warunkach im dalej od lądu, tym bezpieczniej. Adaś dzwoni do potencjalnego miejsca schronienia, by upewnić się czy będzie dla nas miejsce i czy w tych warunkach wejście w ogóle jest możliwe.
- „Oh... it’s big wind but… it’s fine!” – taka odpowiedź musi mnie usatysfakcjonować. Łapie się jej kurczowo, wierząc że wszystkie manewry awaryjne jakie mam w głowie nie będą potrzebne. Na szczęście za główkami znajduje się stacja benzynowa, której keja wygląda na kuszącą alternatywę parkowania w ciasnych igrekbomach, a w dodatku jest blisko kawiarni, gdzie będziemy mogli wynagrodzić sobie trudy  żeglugi ulubionym leche leche oraz łazienka z gorącą wodą. Postanowione – parkujemy właśnie tutaj. Obsługa portu nie protestuje. 
Bezpieczne schroienie
K.  Pawełczyk
Schorowani natychmiast po komendzie „tak stoimy” udają się na ląd z przeświadczeniem, że na pokład już nie wrócą... dopóki nie odpoczną, nie chce poruszać tematu dalszej żeglugi, co by w złości i zmęczeniu nie podjęli jakieś decyzji z kategorii ostatecznych.  Na wszystko przyjdzie pora... 
Katarzyna Pawełczyk
Dobranoc!
K. Pawełczyk





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza