poniedziałek, 8 stycznia 2018

Pod prąd Szkocji



Po wczorajszym słońcu i sielance nie pozostał nawet ślad. Poranek wita nas grubą zasłoną ołowianych chmur i zdecydowanie silniejszym wiatrem z kierunku – wiadomego. Od Peterhead dzieli nas już tylko kilka godzin, w zasadzie niewiele różniących się od większości, jakie spędziliśmy na pokładzie podczas tego rejsu – z tą tylko różnicą, że tym razem towarzyszy nam ląd. Do prawej burty przykleiła się wyczekiwana Szkocja. Podpokładowe rozmowy zdominowane są przez coraz wyraźniej rysujące się plany i marzenia na najbliższe dni na lądzie. Na liście „must” znalazły się Aberdeen, Loch Ness i most, przez który Harry Potter przejeżdżał Hogwart Expressem w drodze do szkoły. Ach, no i oczywiście steki. Steki w rankingu poszybowały na pierwsze miejsce – kwestia kolacji na dzisiejszy wieczór została zatem rozwiązana.
Przemysłowa zabudowa docelowego portu rysuje się już dość wyraźnie na horyzoncie. Na tle szarego nieba i czarnego jak atrament morza wygląda dość przytłaczająco i mało gościnnie. I kiedy cała załoga niemal zaczyna przygotowywać się do cumowania, kształty na lądzie przestają przybierać na rozmiarze tak szybko jak jeszcze przed chwilą. Czyżby… - z tyłu głowy obija mi się tylko jedno wyrażenie, które z całych sił próbuję wyprzeć z myśli jak niechcianego gościa. Cholerny prąd. Jeśli nie zdążymy wpłynąć do portu, zanim odpływ osiągnie maksymalne prędkości, to najzwyczajniej w świecie zaczniemy się cofać. Teraz, kiedy cel ostatnich kilku tygodni jest na wyciągnięcie dłoni, a zmęczenie i radość, podsycane dodatkowo wizją steka w lokalnej knajpce, tworzą mieszankę silnie wybuchową, staramy się zaklinać napierającą na nas morską rzekę i nie dokonać w międzyczasie egzekucji na bosmanie-nawigatorze, skrupulatnie studiującym kilkanaście godzin wcześniej tabelki pływowe. Prędkość spada, ale wciąż mozolnie przemy do przodu. Na pokładzie da się wyczuć rosnącą atmosferę oczekiwania i delikatnego napięcia. Nawet już wiatr nieco odpuścił, odejmując swoje trzy grosze z tego przedstawienia. Nagle dociera do mnie, że to byłby szczyt ironii losu, gdyby na ostatniej prostej zatrzymał nas nie wiatr wiejący przez ostatnie tygodnie prosto w dziób, a morze – udowadniając, że miejsce żeglarza jest na wodzie, a nie w porcie i nie ma on za wiele do gadania w tej kwestii – przeznaczenia nie oszukasz. Zaczynam się śmiać. Głośno. Wszyscy na mnie patrzą trochę ze zdziwieniem, a trochę z wyrzutem, że przerywam napięcie podniosłej sytuacji. Szybko tłumaczę, że jedyne co teraz możemy zrobić, to śmiać się z ironii i własnych niedopatrzeń. A odpływ? Odpływ z kolei śmiać się z nas przestanie i kiedyś odpuści. Delikatne grymasy uśmiechu pojawiają się na twarzach dzielnej załogi. Onieśmielone tym masy słonej wody wpuszczają nas do mariny, a na pokładzie napięcie zostało wyparte przez ulgę. Udało się! Możemy ruszać na steki :)
Peterhead
K. Pawełczyk
  
Ze ścieżki, którą idziemy do miasta roztacza się piękny widok na port i marinę. Nucę szantę „Zabierz nas na ląd”, podświadomie nie wierząc, że wreszcie tu dotarliśmy, że to koniec rejsu. Patrzę przez chwilę na Peterhead i na marinę – niby wszystko wygląda jak kiedyś, ale wiem, że od ostatniego razu coś się tu zmieniło. I we mnie też się coś zmieniło.
- Kasia, idziesz?
Ruszam dalej. Szkocja nie może czekać.
Katarzyna Pawełczyk

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza