poniedziałek, 3 września 2018

Główny Szlak Plażowy - Nie taki Hel płaski, jak go malują

Poranki zawsze nadchodzą za szybko!
Fot. K. Pawełczyk

Trudne poranki

Poranek po regeneracyjnej nocy nadszedł zdecydowanie za szybko. Czuję, że za chwilę przekonam się o ukrytych do tej pory mięśniach, które zostały wybudzone z głębokiego snu wczorajszą wędrówką. Kilkadziesiąt metrów dzielące nasz namiot od toalety pokonuję z niezwykłą wręcz ostrożnością, dobitnie czując każdy krok. Kolano i stopa, mimo solidnego smarowania sporą dawką Voltarenu, dają o sobie uporczywie znać. Czuję, że to będzie długi i trudny dzień, ale o dziwo znajduję w sobie krztę entuzjazmu by bez zbędnego ociągania zebrać się na poszukiwanie śniadania. Kamil od rana też nie tryska energią, ale skrupulatnie wykonuje wszystkie niezbędne czynności i już przed dziewiątą wychodzimy spakowani w kierunku budzącego się do życia miasta. Z niepokojem i rosnącą potrzebą jedzenia mijamy kolejne zamknięte witryny. W końcu naszą uwagę przykuwa baner „Urwis House - zestawy śniadaniowe 22 zł”. W środku w zasadzie nie ma jeszcze klientów, więc kelner zjawia się z kartą błyskawicznie. Wspomniany zestaw śniadaniowy zapowiada się dość obiecująco – świeżo wyciskany sok z pomarańczy, jajecznica na maśle, grillowane kiełbaski, tosty i warzywa, a do tego na deser jogurt z musli i świeżymi owocami. Rzeczywistość jednak przekracza nasze najśmielsze oczekiwania – sok podany jest w normalnej szklance, a nie, jak się spodziewaliśmy, w naparstku, jajecznicy i kiełbasek jest całkiem sporo – wszystko jest świeże i pyszne. Gdyby nie wielkość porcji, pewnie mielibyśmy mnóstwo energii po takim śniadaniu. Niestety, taka ilość jedzenia wymaga skupienia wszystkich sił organizmu na trawieniu i w efekcie robimy się koszmarnie śpiący. 

Śniadanie Mistrzów!
Fot. K. Pawełczyk


Napój Bogów

Droga do portu, gdzie chcemy nagrać filmik – zajawkę, strasznie się dłuży, a ciemne chmury nie wróżą najlepiej naszej wędrówce. Jastarnia powoli wypełnia się turystami szczelnie otulonymi szalikami i kurtkami, mającymi ochronić ich od chłodnego wiatru znad zatoki. Ustawiamy się przy nabrzeżu zaraz obok ulicy i ściągamy nieskrywaną uwagę kilku przechodniów naszym mini planem filmowym. Nagrywanie, o dziwo, idzie całkiem nieźle – ba, nawet zdołałam wydobyć dobrze ukryte pokłady energii, by nie wyglądać jak zmęczona życiem ameba.
- Napiłabym się kawy… - mówię niepewnym tonem i widzę, że Kamilowi nie podoba się ta koncepcja.
- To może jak dojdziemy do Kuźnicy? Bo już prawie południe, a my jeszcze nie przeszliśmy nawet kilometra – rzeczowo odpowiada. Przytakuję, ale kątem oka rozglądam się za jakimś punktem dającym napój życia na wynos. Trafiła się piekarnia. Tonem nieznoszącym sprzeciwu oznajmiam, że muszę się napić espresso, bo inaczej nigdzie dalej nie pójdę. Kamil nie protestuje. A po chwili sam zamawia maleńką filiżankę szczęścia w płynie. 


Niby nic... a jednak życie wraca do człowieka.
Fot. K. Pawełczyk

Zwracamy honor parawanom

Teraz możemy wreszcie ruszyć dalej na zachód. Jesteśmy nieco przerażeni faktem, że dopiero w południe wchodzimy na szlak, więc mimo obolałych kończyn staramy się utrzymywać sprawne tempo – zatrzymujemy się tylko na rogatkach Jastarni, by zrobić zdjęcia przepięknej kaszubskiej zabudowie i już po chwili wchodzimy do lasu.

Znaliście Jastarnię z tej strony? ;)
Fot. K. Pawełczyk

 Ze względu na wczorajszą szarżę z bosymi stopami po piasku, dziś postanawiamy iść w wygodnych butach po leśnym podłożu, co zresztą dość szybko daje pozytywne efekty – po kolejnym wklepaniu porządnej dawki Voltarenu ból niemalże ustępuje.
Okazuje się, że droga, którą idziemy, jest bardzo popularna wśród rowerzystów (mimo, że szeroka ścieżka rowerowa jest poprowadzona od strony zatoki), więc co chwilę musimy ustępować drogi jednośladom i to skłania nas do małego postoju. Drugie śniadanie postanawiamy zjeść na plaży - schodzimy więc najbliższym zejściem i naszym oczom ukazuje się kolejna dzika, szeroka plaża z cudownie białym piaskiem i wygodnym nachyleniem. Niestety, już pierwsze kroki na miękkim piasku powodują przeszywający ból stopy – myśl o kontuzji ściera nieco uśmiech z mojej twarzy, choć staram się z całych sił zachować dobrą minę do bolesnej gry. Rozkładamy się tuż obok wydm i układamy coś na kształt parawanu z plecaków. Kiedy tylko dopadł nas pierwszy mocniejszy podmuch wiatru, niosący ze sobą ostre jak szpilki drobinki piasku, szybko przekonujemy się o niezwykłych zaletach posiadania, i jak w naszym przypadku wadach nieposiadania, parawanu. Małe sztylety wbijają się bezlitośnie w każdy centymetr kwadratowy odkrytego ciała. Kulimy się, próbując osłonić przekąski, co daje niewielkie efekty, bo po chwili i tak chrupie mi piasek między zębami. Trzeba iść dalej.

Nie taki Hel płaski, jak go malują

Po niecałych 800-set metrach trafiamy na kompleks bunkrów. Kamilowi zapaliły się iskierki w oczach. Ja z kolei wolę nie nadwyrężać cierpliwości mojej uszkodzonej stopy, biegając po piasku, więc zostaję na ławce z plecakami i oddaję się myślom o najlepszych gofrach na Półwyspie, które będą idealną nagrodą za trudy dzisiejszej wędrówki. Kamil wraca po kwadransie, twierdząc, że bunkry z daleka robiły zdecydowanie lepsze wrażenie, ale i tak było fajnie je zobaczyć.
Kiedy tak idziemy dalej przez las, a nasze tempo z każdym krokiem spada, zaczynamy rozważać, czy przypadkiem już drugiego dnia nie dopadł nas tzw. kryzys dnia trzeciego – a jeśli tak, to co będzie jutro… Kamil mnie pociesza, że to normalne przy dłuższych wędrówkach (to dopiero drugi dzień!) i jutro na pewno minie. Tymczasem zza drzew po lewej stronie zaczyna wyłaniać się prześwit, a za nim Zatoka Pucka. Proponuję, że może przejdziemy się chwilę wybrukowaną ścieżką rowerową wzdłuż Zatoki, na co Kamil chętnie przystaje. 

Bunkry, duuużo bunkrów.
Fot. K. Pawełczyk

Zdobywcy szczytów

 Ścieżka rowerowa okazuje się autostradą rowerową, więc żeby za bardzo nie przeszkadzać idziemy gęsiego. Pogoda zrobiła się cudowna – słońce przegoniło chmury, wiatr przyjemnie chłodzi twarz i nawet temperatura jest do zniesienia. Przyspieszamy kroku. Po chwili mijamy napis na drodze: „libek” ze strzałką namalowaną w kierunku wydm.


Warto czytać te tablice - mnóstwo ciekawych informacji zawierają!
Fot. K.Pawełczyk

- To chyba ta Góra Libek – mówi Kamil, ale nie podchodzi zbyt entuzjastycznie do mojej propozycji, by się na nią wspiąć. Idziemy więc dalej, a ja głośno żałuję, że ominęliśmy taką atrakcję – w końcu niecodziennie można zdobywać najwyższe szczyty okolicy. Po kilkuset metrach Kamil w końcu decyduje się zawrócić – i tu pojawia się sytuacja rodem z bajki o żurawiu i czapli. Kiedy on nabrał ochoty na górskie wojaże, ja zdążyłam się już pogodzić z myślą, że trzeba iść dalej. Patrzę więc na niego wzrokiem pełnym piorunów i mówię, że teraz już nie ma sensu się wracać. Kamil jest jednak nieustępliwy i w wirze negocjacji proponuje, że wniesie mi plecak na górę. Ta perspektywa do mnie przemawia, więc szukamy prześwitu w dzikiej róży, który wpuści nas na drugą stronę drogi i dalej na wydmy. Niestety za torami wpakowaliśmy się w sam środek roślin uzbrojonych w ostre kolce – po 15 minutach nasze nogi wyglądają jak po spotkaniu z agresywnym artystą rzeźbiarzem i pieką niemiłosiernie. 

Polskie plaże, piękne plaże.
Fot. K. Pawełczyk


Podejście na piaskowy szczyt, bo góra Libek to po prostu najwyższa wydma, jest dość strome i niewygodne – piasek ślizga się pod butami, ale na szczęście króciutkie. 

Mogłabym nie wracać!
Fot. K. Preidl


Po chwili podziwiamy wybrzeże z góry – po raz kolejny zakochuję się od nowa w polskich plażach. Ten widok wynagradza mi absolutnie wszystko i aż nie chce się iść dalej…

Katarzyna Pawełczyk

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza