wtorek, 30 października 2018

Na dalekiej północy


Kiedy ranne wstają zorze


Budzik jak zwykle dzwoni chwilę po szóstej. I mimo, że jesteśmy na urlopie (tak, mimo reżimu pobudkowo-kilometrowo-pogodowego nasz trekking dalej ma status urlopu) wstajemy na pierwsze dźwięki spokojnej melodii. Camping pogrążony jeszcze we śnie nie wykazuje zbytniego zainteresowania dwojgiem entuzjastycznie zbierających się do wyjścia piechurów. Słońce mimo wczesnej pory operuje już całkiem sprawnie na nieboskłonie – to będzie piekielnie gorący dzień. A my, plany na dziś snujemy ambitne. 

Wczesną pobudkę trzeba jakoś nadrobić po drodze... ;)
Fot. K. Preidl


Na śniadanie, jak zwykle, idziemy do pobliskiej knajpy, gdzie cena bufetu śniadaniowego niemal zwala nas z nóg. Uwaga, uwaga, śniadanie z napojami w opcji „jesz i pijesz ile chcesz” kosztuje 15 zł! I to się nazywa wakacje budżetowe na wypasie ;). Pomni na doświadczenia poprzednich dni, mimo ogromnej pokusy staramy się poskromić apetyt na wszystko, by nie skończyć z przepełnionym żołądkiem i kryzysem trawiennym. I tym razem to się udaje!

Praktyczne pamiątki


Kiedy wychodzimy ze śniadaniowego królestwa, kramy z wakacyjnymi gadżetami „made in China” stoją już rozłożone i gotowe na pochłanianie gotówki od bezradnych rodziców, których pociechy zostały zawładnięte chęcią posiadania dmuchanego rekina, orki, krokodyla, czy najmodniejszego w tym sezonie flaminga – a najlepiej wszystkiego na raz. Magnetyzm kramów dopadł i nas. Kiedy szalenie zadowoleni z obojętności, z jaką udało nam się przejść przez prawie wszystkie straganiki, wychodzimy na ostatnią prostą, nagle mój radar na wszystko co żeglarskie wykrył termiczne wdzianka na butelki i puszki z - a jakże by inaczej – kołem sterowym i paskami. Oczy zaświeciły mi się błyskawicznie i wszechwładna chęć posiadania tego cacka wypełniła moje serce po brzegi. Wdech i wydech. Czy to jest mi niezbędne do życia? Kamil widząc wewnętrzną walkę jaka się rozgrywała w mojej głowie, szybko interweniuje:

- Bierzemy! Na wieczór będzie jak znalazł!

I tym oto sposobem zostaliśmy szczęśliwymi posiadaczami pamiątki znad morza. Ale za to jakiej praktycznej (o czym przekonamy się już wieczorem) ;)

 Górskie wędrówki brzegiem morza


Na plażę schodzimy Wąwozem Chłapowskim, którego roślinność, wąskie ścieżki, przyjemny chłód i jakaś niezwykła atmosfera urzekają nas od samego początku. By móc zostać tu chwilę dłużej, właśnie to miejsce wybieramy na nagranie codziennej zajawki. W oddali słychać już głosy schodzących z miasteczka turystów – plażowiczów. Ci najbardziej zdeterminowani zrywają się skoro świt, by zająć najlepszą miejscówkę z jak najwygodniejszym dostępem do morza.

Pan Pączek w wyścigu o najlepszą miejscówkę plażową.
Fot. K. Pawełczyk


Dzisiejszego poranka idzie się niezwykle wygodnie, więc w mgnieniu oka dochodzimy do nowego, solidnego falochronu na Rozewiu, gdzie robimy sobie małą przerwę na drugie śniadanie i zaopatrzenie stóp w obuwie – nasz kolejny cel znajduje się bowiem kilkadziesiąt metrów ponad nami. Do latarni morskiej prowadzą strome schody wkomponowane w klif, które w żadnym wypadku nie zdradzają, że były kiedyś budowane zgodnie z myślą inżynierską. Podejście na górę, to w tym wypadku prawdziwa wspinaczka. Co ciekawe, mimo kilkudziesięciu kilometrów jakie już mamy w nogach, na szczycie łapie nas delikatna zadyszka. Konsternację, jaka pojawiła się na naszych twarzach zagłuszamy kilkoma soczystymi komentarzami na temat niemiłosiernego upału, w jakim przyszło nam się mierzyć z tym trudnym szlakiem.  
 
Taka oto autostrada jest na Rozewiu.

Szlak pełen wspomnień


Latarnia prezentuje się nieco inaczej niż moich mglistych wspomnieniach z odległego o całą przepaść dzieciństwa i niezapomnianych kolonii w Jastrzębiej Górze. Wtedy Rozewie było punktem obowiązkowym, skrupulatnie realizowanym rok po roku. Cały plecakowy dobytek zostawiamy u miłego portiera na dole i zaczynamy kolejną wspinaczkę – tym razem schodami budowanymi zgodnie ze sztuką inżynierską. 

Latarnia Morska w Rozewiu
Fot. K. Pawełczyk


Widoki robią piorunujące wrażenie! Przejrzystość powietrza jest idealna – dokładnie widać sam koniec Helu – początek naszej wędrówki. Latarniana perspektywa i myśl, że przeszliśmy to wszystko na własnych nogach potęguje uczucie dumy, radości i motywacji do dalszej drogi. Jestem nieco oszołomiona tym widokiem. Powolutku dociera do mnie, że naprawdę zrealizowałam to marzenie, które kiełkowało nieśmiało gdzieś z tyłu głowy już od czasów wspomnianych kolonii. Warto było tu wejść. 

Upał rozbudza kreaywność!
Fot. K. Pawełczyk


Krótka przerwa w latarni szybko dobiega końca i obieramy kurs na Lisi Jar – kolejne miejsce dobrze mi znane z czasów wczesnej podstawówki i równie mgliście zapamiętane, co Rozewie. Przepiękna dolina otula nas przyjemnym chłodem i dostarcza genialnych wrażeń o charakterze naukowym – działalność lodowcową można z niej odczytywać jak z otwartej księgi. Żaden geolog-amator-pasjonata taki jak ja nie będzie zawiedziony. 

Lisi Jar
Fot. K. Pawełczyk


Rozczarowanie i to w pełnym tego słowa znaczeniu spotyka nas dopiero u wylotu Jaru na plażę. Oto morze turystów okupuje niemal każdy centymetr kwadratowy plaży rozłożonymi zasiekami z parawanów i warowniami zawadiacko budowanymi z piasku, których naruszenie grozi wielkim gniewem nie tylko małych architektów, ale i ich rodziców gotowych do ataku w każdej chwili. Staramy się wybrać strategicznie najlepszą drogę do brzegu morza, który również nie gwarantuje spokojnego przejścia, ale przynajmniej daje przyjemną ochłodę stopom w ten piekielnie upalny dzień. 



Czasami trzeba nabrać dystansu i popatrzeć na to wszystko z góry ;)
Fot. K. Pawełczyk


Zdaje się, że właśnie przemierzamy najtrudniejsze trzy kilometry całej trasy. Godzina jaką spędzamy na brodzeniu między plażowiczami i parawanami w pełnym słońcu daje nam mocno w kość. Kiedy docieramy do Gwiazdy Północy nie mamy siły już absolutnie na nic. Niemalże losowo wybieramy lokal na obiad i opadamy na krzesła tocząc wewnętrzną walkę o zdobycie się na wysiłek otwarcia menu.


Gwiazdy Północy

 Obiad podziałał dobijająco. Duża porcja włączyła w całym organizmie tryb trawienia i nie było mowy o wykrzesaniu z siebie choćby krzty energii. Żeby przypadkiem nie było za łatwo, zgubiliśmy się w uliczkach i lesie Jastrzębiej Góry, chcąc uniknąć marszu w słońcu i tłumie ludzi. Ten incydent nabił nam kolejne trzy kilometry na liczniku, a chyba nie muszę mówić, że tego dnia każdy dodatkowy metr był ogromnym wysiłkiem, co zresztą miało swoje konsekwencje zdrowotne wieczorem...

Katarzyna Pawełczyk

czwartek, 11 października 2018

Ku klifom północy


Szczęśliwi, nieco zmęczeni i zaopatrzeni w maleńką buteleczkę białego wina, dla uczczenia tak zacnego momentu, ruszamy w kierunku plaży we Władysławowie – tej po zachodniej stronie portu. 

Polskie Los Gigantes - cudowne klify
Fot. K. Pawełczyk


Hel rozpieścił nas pustymi plażami, ciszą i majestatycznym spokojem Bałtyku, tymczasem rzeczywistość zachodniej strony mocy (choć właściwszym byłoby użycie słowa „niemocy”) wjechała w nas niczym rozpędzone Pendolino – dzikimi tłumami i gęstością rozłożenia parawanów znacznie przewyższającą pojemność przeciętnej plaży. Jedynym plusem tego odcinka jest prawie dwukilometrowy, drewniany deptak wzdłuż wydm. Niestety przejście tą wygodną drogą wymaga umiejętności niemal kaskaderskich – co rusz wyskakuje ktoś z naręczem piwa w plastikowych i zbyt miękkich kubkach lub rozradowane kolejną porcją lodów dziecko, zupełnie nie patrzące w kierunku poruszania się.

Tłumy nieco się przerzedzają
Fot. K. Pawełczyk


Wraz z końcem bajecznie utwardzonej autostrady plażowej zaczynają przerzedzać się tłumy i plaża wraca do swojego właściwego kształtu. Niezauważenie – być może przez walkę o przetrwanie na deptaku, z wydm wyrosły majestatyczne klify – polskie Los Gigantes! Miejsce wydaje się być odpowiednie na świętowanie naszego małego, prywatnego zwycięstwa nad siedzącym trybem życia, bolinóżkami i ogólnym niechciejstwem. 

Leżing, plażing, celebrating
Fot. K. Pawełczyk


Otwieramy jeszcze chłodną buteleczkę i wznosimy toast za cudowną przygodę, obserwując nieśmiało chowające się za klifem słońce. Niby nic, a jednak to właśnie takie chwile są absolutnie bezcenne. Z tej pięknej sielanki wyrywa nas podchwytliwy chłód, który natychmiast skorzystał z okazji i wkradł się niepostrzeżenie za zachodzącym słońcem. 

Autentycznie dobrze smakowało w upalne popołudnie!
Fot. K. Pawełczyk


Gdzieś nad nami jest camping, ale strome i niewzbudzające zaufania schody nie motywują do szybkiego wejścia na górę i rozłożenia naszego przenośnego domu. Schód za schodkiem pniemy się do góry napędzani marzeniami o kolacji, gofrach i dobrym piwie, które skądinąd dziś należy nam się jak nigdy. Szczęśliwy traf pokierował nas na schody wiodące od razu do naszego docelowego campingu – czy może być lepiej?
Katarzyna Pawełczyk

piątek, 21 września 2018

Władysławowo rozbudza apetyt


Skoro świt 

 

Wspomnienia wieczornej zimnej wody pod skrajnie niskim ciśnieniem pod campingowym prysznicem (co skutecznie utrudniło wyszorowanie upartych ziarenek piasku) zostają szybko przegonione przez pierwsze promienie porannego słońca. Do Władysławowa zostało nam jakieś 8 km, a do śniadania dwa, więc bez ociągania składamy namiot i szorujemy, w moi przypadku bardzo już głodne, zęby. Nasze wyjście z campingu synchronizuje się z porannym pociągiem z Warszawy, więc przez chwilę brniemy w tłumie turystów, szukających szczęścia i wolnych miejsc na campingach wzdłuż szosy Władysławowo – Hel. Mimo wczesnej godziny robi się już bardzo ciepło, więc nasza dyskusja skupia się głównie wokół planowanej na dziś kąpieli w Bałtyku – po sinicach nie ma śladu, za to temperatura wody jest kusząco wysoka jak na polskie warunki.

 Rarytasy u Surfera


Dwa kilometry bez śniadania strasznie mi się dłużą, dlatego kiedy dochodzimy do Tawerny Surfera cieszę się jak dziecko i wzrokiem poganiam kelnerkę, by raczyła nieco szybciej przyjąć nasze zamówienia. Samo wnętrze jest niezwykle klimatyczne – na suficie wiszą rybackie sieci i reflektory, stylizowane na stare krzesła doskonale komponują się z nowoczesnymi, choć  również stylizowanymi lampami, na środku sali stoją ogromne donice z nadmorską roślinnością, a na jednej ze ścian jest gigantyczne akwarium z kolorowymi rybkami. 

Surf Tawerna - niezwykle klimatyczne miejsce!
Fot. K.Pawełczyk


Zamawiamy jajecznicę i tosty francuskie z szynką parmeńską – w końcu dziś dojdziemy do celu naszej wędrówki, Władysławowa – a takie małe święto należy świętować od samego rana, przyjmując przy okazji solidną dawkę energii. 


Kolejne śniadanie Mistrzów
Fot. K.Pawełczyk

Pierwsze spotkanie z Bałtykiem 

 

Tym razem udaje nam się nie przejeść. Po wczorajszym kryzysie nie został nawet ślad, za to w brzuchu od rana harcują motyle ekscytacji sukcesem – to już dziś, już za chwilę! Na pomoście, gdzie chcemy nagrać poranną zajawkę okazuje się, że dziś odbywają się tu regaty windsurfingowe i nawet przez moment zastanawiamy się, czy nie przycupnąć na chwilę na „widowni”. Jednak niezwykle dopieszczona wizja kąpieli w Bałtyku wraca jak bumerang i decyzja podejmuje się sama – ruszamy do wejścia na plażę. Kolejną niemal prywatną plażę. Piasek miękko układa się pod stopami, otulając je przyjemnym ciepłem. Morze bardzo spokojnie, jakby od niechcenia faluje, tworząc zgrany muzyczny duet z lekkim wiaterkiem. Warunki do plażowania są idealne! Szybko zrzucamy plecaki i wierzchnie warstwy ubrania i z nieskrywaną, niemal dziecięcą radością biegniemy do wody (zapominając po drodze o niedającym za wygraną bólu mojej stopy i Kamila kostki). Bałtyk, jak to zwykle ma w zwyczaju, chłodzi surowo emocje. Woda i owszem – jest cieplejsza niż zwykle, ale… dla rozgrzanych porannymi kilometrami i już solidnym słońcem ciał, jest to szok na miarę gwałtownego wyhamowania, kiedy zanurzyliśmy się powyżej kolan. Patrzymy na siebie wzrokiem pełnym krępującej weryfikacji oczekiwań i niesłabnącej chęci zrealizowania postanowionych celów. W końcu po 10 minutach wewnętrznych negocjacji, kiedy Kamil już zdążył się zanurzyć, ja również decyduję się na ten heroiczny w moim przekonaniu wyczyn i tak szybko jak się zanurzyłam po szyję, tak szybko wystrzeliwuję jak proca z uśmiechem od ucha do ucha – „fajnieeee!”.


W drodze na ręcznik starym, kolonijnym jeszcze zwyczajem, zbieram muszelki ;)
Fot. K.Pawełczyk

3... 2... 1... META! 

 

Okazuje się, że leżakowanie nie jest sportem, w którym jesteśmy mocni… po ok. dwóch godzinach i całkowitym wysuszeniu siebie i strojów kąpielowych, zaczynamy się wiercić na ręcznikach z nudów, więc postanawiamy iść dalej. Z dokładnych obliczeń wynika, że we Władysławowie będziemy dość wcześnie, bo w porze obiadowej, więc strategicznie zaraz po wejściu do lasu, szukamy najlepszej opcji na tę okoliczność – kręcenie się w kółko po zatłoczonym kurorcie w poszukiwaniu dobrego jedzenia nie będzie najlepszym sposobem na spędzenie dzisiejszego popołudnia. 

Piękne, polskie lasy i towarzyszący nam szlak niebieski
Fot. K.Pawełczyk


Intensywne rozmowy, również o dalszych planach, sprawiają, że sześć kilometrów mija nam błyskawicznie – dużo szybciej niż poranne dwa i oto w oddali majaczy kolejna, upragniona zielona tabliczka z białym napisem – Władysławowo! UDAŁO SIĘ! 

Cel osiągnięty!


Doszliśmy do celu wędrówki. Jednak zamiast szukać noclegu na najbliższe trzy dni – planujemy jakie atrakcje odwiedzimy w Jastrzębiej Górze, a w myślach rozważamy, czy nie udałoby się dojść aż do Karwii. Jak to się mówi – apetyt rośnie w miarę jedzenia, a nasze apetyty były solidnie karmione przez cały Półwysep Helski, a więc ahoj przygodo – to jeszcze nie koniec!

Katarzyna Pawełczyk