niedziela, 17 lutego 2019

Pioruny nad głowami


Burza goni burzę

Ciasne wnętrze namiotu co chwilę rozjaśnia oślepiające światło błyskawicy. Deszcz zajadle wybija mroczną melodię o poliestrowe ściany, próbując wedrzeć się do środka. Nie sprawdzam godziny – wiem, że jest środek nocy i w duchu modlę się o rychły koniec tego spektaklu. Do porannej melodii budzika pozostało niewiele czasu, za to do stacji Łeba – wiele kilometrów. Zmęczenie miesza się z rozbudzeniem, strach z głębokim poczuciem, że wszystko – jak zawsze – będzie dobrze. Przy kolejnym błysku burzowego światła widzę, że Kamil też nie śpi. Zapowiada się trudny dzień. 

Udaje mi się jeszcze zasnąć, a kiedy wreszcie budzik oznajmia godzinę „zero”, czuję się nieco lepiej niż w nocy. Niestety deszcz nie daje za wygraną i co rusz spada w formie krótkich, acz intensywnych ulew. Mimo to szykujemy śniadanie, chcąc wyjść punktualnie z założeniami planu. Podczas porannej toalety zaczyna nawet nieśmiało świecić słońce zza chmur. Postanawiamy więc, że damy chwilę namiotowi na przeschnięcie i wyjdziemy z półgodzinnym opóźnieniem. 

Oczywiście nie mogło pójść gładko. Dosłownie w tym momencie, w którym zaczęliśmy składać nasz mały domek, przyszła kolejna burza! Wściekli chowamy się do namiotu i nerwowo zaczynamy analizować radar burzowy i kierunki wiatru. Wygląda na to, że padać może przez cały dzień – choć im bliżej Łeby, tym to prawdopodobieństwo mniejsze. Postanawiamy więc, że kiedy największe natężenie minie, ruszymy w drogę – czas płynie nieubłaganie. 

Pierwszy odcinek drogi wiedzie znowu przez kolejny mało przyjemny las. Wrażenia te potęgowane są odgłosami grzmotów, które przypominają, że jesteśmy dzisiaj zdani na łaskę lub niełaskę natury. Po kilkunastu minutach szybkiego marszu znajdujemy kilka knajpek przy plaży – ostatnia okazja, żeby zjeść coś porządnego. Zatrzymujemy się więc na drugie śniadanie i obowiązkowo kawę, analizując przy okazji mapę i dostępne trasy wokół Jeziora Sarbsko. Biorąc pod uwagę sporą obsuwę, jaką zafundowała nam burza, wybieramy najkrótszą trasę – północnym krańcem jeziora. Zanim jednak tam dojdziemy, czeka nas jeszcze sporo kilometrów.

Poranna dawka energii
Fot. K. Pawełczyk


Pościg

Silny wiatr rozwiał złowieszcze chmury, jednak o marszu brzegiem morza nie ma mowy – pierwszy raz od 5 dni jest naprawdę zimno. Na szczęście droga wzdłuż plaży przez las jest całkiem przyjemna i co najważniejsze – stosunkowo twarda i wygodna. 

Nareszcie się rozpogadza!
Fot. K. Pawełczyk


Kiedy tak idziemy zachwycając się pięknem krajobrazu i próbując zapomnieć o coraz dokuczliwszych bólach wszelakich, nagle zza wydm wyłania nam się wóz zaprzęgnięty w dwa konie! Nie wiem dlaczego, ale stwierdziliśmy zgodnie, że panowie nań pracujący na pewno jadą do Stilo i nas podrzucą. Niewiele więc myśląc rzucamy się dosłownie w pogoń za nadzieją nadrobienia straconego czasu. Tempa, jakie osiągnęliśmy, mogliby nam pozazdrościć starzy wyjadacze nadmorskich trekkingów. Pojęcia nie mam skąd się w nas wzięły te pokłady energii i mocy, ale przez prawie 2 kilometry niemal biegniemy za wozem, który jest dosłownie kilkadziesiąt metrów przed nami, zapominając o wszelkich kontuzjach. 

Nadzieja na 8 kopytach
Fot. K. Pawełczyk


Kiedy wreszcie udaje nam się dopaść nasze transportowe marzenie, ono pryska niczym bańka mydlana – panowie nie jadą do Stilo, panowie zaraz zawracają do Lubiatowa. Łzy niemal stanęły nam w oczach, ból wrócił ze zdwojoną siłą, a zapas energii opadł do poziomu krytycznego. Nie ma lekko – nie uda nam się nieco oszukać systemu i nadrobić ani czasu ani dystansu „na lewo”. Trochę rozczarowani ruszamy już spokojnym tempem w dalszą drogę. 

Śledzik dobry na wszystko


Przynajmniej las jest naprawdę piękny i pachnący, a ludzie którzy nas mijają – uśmiechnięci i pełni życia. To dodaje otuchy – latarnia musi być już blisko. 

Sosnowy - najlepszy!
Fot. K. Pawełczyk



Niestety wiemy, że nie zdążymy jej zwiedzić – cenny jest już nie tylko czas, ale i każdy krok. Czuję, że moje stopy pokrywają liczne bąble i odciski. Kolana też nie dają o sobie zapomnieć…
- To co, może zrobimy sobie przerwę na małe co nieco? – pytam, kierując wzrok na smażalnię. Kamil z chęcią przystaje na moją propozycję – w ramach rekompensaty za nie zwiedzenie latarni, musimy zadowolić się śledzikiem pod latarnią. Dobre i tyle. 

Śledziki "U Zamojskich"
Fot. K. Pawełczyk


Humory wracają na swoje miejsce, zupełnie nie spodziewając się, że najtrudniejsza część tej trasy jest dopiero przed nami…
Katarzyna Pawełczyk

niedziela, 10 lutego 2019

W zakazanym lesie


Przerażająca cisza

 Leśna droga, początkowo szeroka, twarda i bardzo wygodna, zamienia się w wąski pas miękkiego i zapadającego się przy każdym kroku piasku. Zaczynamy sobie wizualizować, jak będzie wyglądał kolejny etap naszej wędrówki – przejście przez Słowiński Park Narodowy i… nie napawa nas to, bynajmniej, radością, ale snucie planów na kolejne wyprawy pozwala nie skupiać się za bardzo na aktualnych niewygodach. Las – wysoki, równy i niesamowicie pusty – sprawia wrażenie nieskończonego labiryntu, w którym wszystko dookoła obserwuje nas – intruzów. Chyba pierwszy raz mam ochotę jak najszybciej wyjść spomiędzy drzew do jakiejś cywilizacji. Do głowy zakradł mi się jakiś dziwy strach – rozglądam się na boki, sprawdzam zasięg na telefonie, nasłuchuję.
- Jakby coś się stało to jesteśmy w d…. – mówię do Kamila. Zasięgu brak, nieznośną ciszę przerywają tylko jakieś szelesty w oddali. Jest przerażająco.
- Spokojnie, jeszcze parę kilometrów i będziemy w Lubiatowie – odpowiada ze stoickim spokojem Kamil.

Na początek wygodna droga
Fot. K. Preidl


Bliskie spotkania

Rozważania rodem z kiepskich horrorów przerywa nadjeżdżający z naprzeciwka rowerzysta, który z wielką nadzieją na twarzy patrzy w naszą stronę. Tym razem spotkanie nie skończyło się zwyczajowym „cześć”, a rozmową pełną doświadczeń, która trwała dobrych kilkanaście minut! Biedak na jednośladzie liczy, że oznajmimy mu koniec piaszczystej przeprawy. Niestety, piasku rowerzysta będzie miał jeszcze sporo do pokonania tego dnia. Swoją drogą zaimponowało nam jego niebagatelne tempo. Dzisiejszy odcinek zaczynał w Rowach, przejechał cały Słowiński PN, a w planach jego metą jest Gdańsk, czyli razem jakieś 170 km. To spotkanie spadło mi z nieba, bo wszystkie leśne demony uciekły z mojej głowy, zostawiając ją zupełnie spokojną.
W dobrym tempie dochodzimy do ścieżki przyrodniczej „Szklana Huta”, co jest ciekawą odmianą od nieco monotonnego na tym odcinku lasu. Ba, obok ścieżki jest nawet spora leśniczówka i ławeczki – dobre okoliczności na krótką przerwę i naładowanie baterii małą przekąską. 

Przydrożne atrakcje
Fot. K. Pawełczyk


Słońce przypieka mocno i gdyby ktoś mi powiedział, że przez 5 dni non stop trafi nam się taka pogoda nad polskim morzem, zapewne spojrzałabym na niego z lekkim politowaniem w oczach. Tymczasem południowoeuropejskie upały są niezaprzeczalnym faktem i niezłomnym towarzyszem naszej wędrówki.

Zardzewiały internet

Lubiatowo to kolejna senna wioska ze sklepikiem spożywczo-przemysłowym z dawnych lat i informacją turystyczną w postaci metalowej, nieco już pordzewiałej skrzynki z napisem „it”, w której znajdują się poręczne mapki okolicy – jak się później okaże, zbawienne na naszej trasie. Początkowo Kamil zastanawia się, dlaczego skrzynka oznaczona jest „internetem” – ot, przyzwyczajenia cyfrowego świata ;)

Każdy ma taki internet na jaki zasłużył...
Fot. K. Preidl


W nagrodę za sprawne przejście najdłuższego jak dotąd odcinka GSP, w uroczym sklepiku fundujemy sobie loda na patyku marki nieznanej. Cóż to jest za delicja dla zmęczonych upałem organizmów! 

 Biała Wydma

 Intuicja, lub jak kto woli szósty zmysł, każe nam sprawdzić camping, który zakładamy jako docelowy. Jakież jest nasze zaskoczenie, gdy w otchłani internetowych opinii trafiamy na długie listy niepochlebnych komentarzy w stylu: „pani prysznicowa odmierza czas na stoperze i ze szwajcarską dokładnością odcina wodę, nie zważając na to, czy masz jeszcze namydlone włosy, czy już szczęśliwie skończyłeś kąpiel” lub „toaleta jest zamykana na noc w godzinach ciszy nocnej”. Patrzymy po sobie z niedowierzaniem – dotychczasowe doświadczenia z pól namiotowych były w 100% pozytywne i w głowach nam się absolutnie nie mieszczą czarne wizje przedstawiane w komentarzach. Tymczasem po drodze trafiamy na duży baner innego pola namiotowego w Lubiatowie – „Biała Wydma”. Dostatecznie zachęceni reklamą, zmieniamy w ostatniej chwili plany i ruszamy na Białą Wydmę, co okazuje się strzałem w dziesiątkę! Nie dość, że sporo miejsca i nowoczesne sanitariaty, to jeszcze właściciele na tyle mili, że pozwalają nam wydrukować bilety na podróż powrotną do Katowic. 

Lenistwo nie popłaca

Podczas, gdy ja brałam prysznic, Kamil musiał wracać się do sklepu jakieś 1,5 km, bo mijając go twierdził, że jest bardzo niedaleko campingu i nie warto dźwigać piwa w ciężkich plecakach… Potrzebowałam szalenie dużo silnej wolni, by z ust nie wyrwało mi się „a mówiłam…”. 

Nagroda w chłodzącym ubranku
Fot. K. Pawełczyk


Zapominając o zmęczeniu i zacnym kilometrażu dzisiejszego odcinka, wyposażeni w złoty trunek, biegniemy jak wariaci na zachód słońca na plażę kolejny kilometr. Przegraliśmy ten bieg dosłownie o sekundy. Słońce nie raczyło poczekać na dzielnych piechurów, ale ten drobny szczegół nie zepsuł nam doskonałych humorów. Siadamy na jeszcze nagrzanym piasku, rozmawiamy o marzeniach, snujemy plany na przyszłość i pielęgnujemy świeże wspomnienia z ostatnich stu przepięknych kilometrów nadbałtyckich plaż, lasów i miasteczek. 

Chwilo trwaj!


Sama plaża w Lubiatowie jest zachwycająca – szeroka, płaska i czysta. W tej sielankowej atmosferze zaskakuje nas noc. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że musimy po ciemku przejść przez gęsty las, upstrzony równie gęstą siecią dróżek prowadzących każda w inną stronę. Słabym światłem telefonu próbujemy odnaleźć tę właściwą ścieżkę i nie wybić sobie przy okazji zębów na wystających korzeniach. Co chwilę w stopy wbija się złośliwe igliwie, a nocna bryza skutecznie wychładza nagrzane za dnia ciała. Oczywiście na którymś z kolei skrzyżowaniu gubimy drogę i zamiast zbliżać się do dzisiejszego noclegu, oddalamy się od niego. Wyciągnięcie googlowskiej nawigacji niewiele pomaga, więc sielankowy nastrój zastępuje lekkie zdenerwowanie. Znalezienie właściwej drogi i dojście do campingu nabija nam kolejne 3 kilometry tego dnia – bo dzień bez zabłądzenia, to dzień stracony… Po raz drugi dzisiaj mam nieprzyjemnie uczucie w żołądku wędrując przez las. Błądzenie w ciemnościach po leśnych ostępach zdecydowanie nie należy do moich ulubionych rozrywek.
Przed pójściem spać sprawdzamy jeszcze prognozę pogody na jutro – rutynowe, acz kluczowe działanie każdego wieczora na trasie. W nocy zapowiada się solidna burza, a w ciągu dnia deszcz, jeśli nie wyjdziemy odpowiednio wcześnie w drogę. Zatem ustalone – wstajemy o 5:00. Jutro już nie mamy marginesu błędu – pociąg na nas nie poczeka.        
Tekst: Katarzyna Pawełczyk
Korekta: Kamil Preidl          

czwartek, 13 grudnia 2018

Z dala od cywilizacji


Bezlitosne poranki

Poranek jak zwykle przyszedł zdecydowanie za wcześnie. Camping pogrążony jeszcze w porannym półmroku, nie zdradza oznak jakiejkolwiek aktywności jego mieszkańców. Z wielkim zapałem nowego wyzwania, ale i kilkudniowym już zmęczeniem zabieramy się do rutynowych czynności śniadaniowo-toaletowych. Upewniamy się jeszcze wzajemnie, czy na pewno tego oboje chcemy i bez zbędnego ociągania ruszamy w długą drogę przez lasy i plaże nieskażone głośną turystyką. Do Dębek mamy ok. 7 km. Oprócz lekkiej presji czasu, do marszu motywuje nas wizja kawy i drugiego śniadania, jakie zaplanowaliśmy w tej niewielkiej miejscowości, do niedawna stanowiącej miejsce spotkań zarezerwowane dla inteligencji i artystów warszawskich.

Ruszamy w kierunku przeciwnym do cywilizacji!


Leśna autostrada

Szutrowa droga przez las, wzdłuż Karwieńskich Błot okazuje się mieć niewiele wspólnego z cichą, leśną ścieżką – co rusz mijają nas samochody z uciekinierami z nadmorskich kurortów i przeciwnikami gęstej zabudowy parawanowej. 

Samotne parawany w Karwieńskich Błotach
Fot. K. Preidl


Oprócz osobówek mijają nas kampery, motory i rowery – pełen przekrój komunikacyjny. To wszystko sprawa, że zmęczenie i ból głowy dają nam się we znaki, a co gorsza wydłużają kilometry do nieskończoności. Chyba żaden odcinek nie dłużył mi się tak jak ten już na samym początku. 

Autostrada do Dębek i dzikie campingi.
Fot. K. Preidl


I kiedy nasz mały kryzys postępuje beztrosko w stronę rezygnacji, zza drzew wyłaniają się pierwsze domki, zwiastujące niechybnie bliskość Dębek. Zadziałało to na nas jak zastrzyk mocy – przyspieszyliśmy nieco kroku (zapominając o dających się we znaki kontuzjach) i nawet nieśmiały uśmiech zarysował nam się na twarzach. 

Łowcy okazji

Pomimo późnego, bardzo późnego poranka, miejscowość wydaję się senna. Na ulicach mijamy pojedyncze osoby z dmuchanymi kawałkami pizzy pod pachą – tegorocznym hitem materacowym. Naszą uwagę przykuwa niewielki baner na płocie jednej restauracji – do dowolnej kawy śniadanie za 5 zł. Zaintrygowani i głodni od razu kierujemy swoje kroki do niepozornej knajpki na dowolną kawę ze śniadaniem. W menu promocyjnym do wyboru dwie opcje – domowe bułeczki, świeżo wypiekane z jajkiem sadzonym, boczkiem i rukolą oraz musli z owocami sezonowymi. Wybór pada na świeżo wypiekaną bombę kaloryczną. Po chwili oczekiwania, przesympatyczny kelner podaje nam przepiękne, pachnące i wypełnione masą dobrych rzeczy bułeczki – po dwie standardowych rozmiarów kajzerki na głowę. To był ABSOLUTNY STRZAŁ W 10! Nie dość, że bułeczki są przepyszne i bajecznie tanie, to jeszcze przywracają nam energię i chęć życia (choć nie sposób tu odmówić zbawiennego działania kawie). Po około godzinnym postoju jesteśmy zwarci i gotowi do dalszej drogi. 

Najlepszy deal śniadaniowy!
Fot. K. Preidl


Bajeczne wrzosowiska

Kolejny odcinek to 10 km przez zdecydowanie spokojniejszy i co ważne pełen naturalnych cudów las. Za rzeką Piaśnicą kończy się wszelki ruch samochodowy. Zaczynają się za to leśne ścieżki zdrowia, rowerowe i nordic walking. 

Granica leśnego ruchu samochodowego - Piaśnica
Fot. K. Pawełczyk


Las oczarował nas od pierwszego wejrzenia. Nigdy wcześniej nie podejrzewałam, że te rejony są tak piękne i różnorodne. Po kilku kilometrach trafiamy na bajeczne wrzosowiska, które mimo wczesnej pory już cudownie kwitną, ozdabiając las nieskończonymi odcieniami fioletu. Jest bajkowo. 

Dywany wrzosów przez długie kilometry
Fot. K. Pawełczyk


Niesamowita atmosfera serwowana przez naturę i ochłoda drzew sprawiają, że nogi same idą i to całkiem żwawo! Po drodze mijają nas liczni rowerzyści – młodzi, starsi, najmłodsi, długo- i krótkodystansowcy, wyczynowcy i wycieczkowicze – dla każdego jest miejsce i kawałek wygodnej ścieżki. Jesteśmy jedynymi zdobywcami wybrzeża, którzy do zdobywania kolejnych kilometrów używają własnych nóg, jako środka transportu.

 Niby jadalnia, a jednak galeria sztuki

Do Białogóry wchodzimy dokładnie w porze obiadowej, czego nie omieszkały nam zasygnalizować puste żołądki. Głodna robię się dosłownie po pierwszym kroku na asfalcie w pełnym słońcu. Nagle okazuje się, że dla odmiany ( ;p) panuje dziś niemiłosierny upał, którego do tej pory oszczędził nam cudowny las. Tu, w Białogórze – kolejnym sennym miasteczku, żar słońca wzmaga okrutny asfalt. Niemiły mix uczuć – gorąca i głodu, powoduje, że na obiad kierujemy się do pierwszej napotkanej restauracji. Na szczęście mają w ofercie danie dnia, dostępne na sali gniazdka i szybką obsługę – czyli spełniają nasze „wygórowane” po kilku dniach wędrówki, standardy dobrej miejscówki na obiad. Co ciekawe, ściany tego, bądź co bądź nie najwyższych lotów lokalu, są pokryte ręcznie malowanymi, pięknymi obrazami o tematyce wybrzeża – co mnie, jako początkującego malarza-artystę cieszy prawie tak samo jak wcześniej wymieniane zalety tego miejsca. I gdyby nie obrzydliwie przesłodzony kompot, który zamówiliśmy jako odskocznię od wody, mogłabym nawet uznać, że był to najlepszy obiad wyjazdu. Tymczasem mimo pełnych żołądków i piekielnego upału, trzeba iść dalej… przed nami jeszcze jakieś 9 km, a czas płynie nieubłaganie. Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że taki reżim może sprawiać taką radość, satysfakcję i… odpoczynek. A jednak – ruszamy do Lubiatowa. 
Katarzyna Pawełczyk

wtorek, 20 listopada 2018

Poleje się krew!


Życie na krawędzi

Przez pierwsze dwie godziny poobiedniego marszu jestem wściekała jak osa. Kamil, widząc co się dzieje, próbuje najpierw nieco załagodzić sytuację i okazać troskę, a potem z troską daje mi przestrzeń – dosłownie i w przenośni – na wyciszenie emocji. Pomogło. Po tym czasie zwalniam nieco tempo i dalej idziemy już ramię w ramię. 

Upał daje w kość jak diabli, a my nie mamy na tym odcinku możliwości schowania się do lasu. Brniemy więc krok za krokiem na bardzo wąskim i niestabilnym odcinku plaży. Aż tu nagle na drodze wyrasta nam przeszkoda w postaci rumowiska skalnego z uszkodzonego brzegu – mamy do wyboru spróbować przejść przez morze (przy czym nie wiemy co może nas czekać na dnie w tym miejscu i jak tu jest głęboko) albo wracać się niecały kilometr do poprzedniego wejścia na plażę i próbować szczęścia idąc wzdłuż szosy. Oczywiście o wracaniu nie ma mowy! Wybieramy przeprawę przez Bałtyk. Fale, które na brzegu przyjemnie muskały stopy, teraz powodują walkę z grawitacją i ciężarem plecaka, a ostre kamienie rozsypane na dnie nie ułatwiają zadania. Wchodzimy coraz głębiej. Chłodna woda przynosi ulgę i niepokój. 

Zachwiałam się. Próbuję utrzymać równowagę, a przed oczami mam już spektakularny upadek z plecakiem do wody. Podstępna fala dodatkowo podmywa mi stabilną stopę, już tracę grunt pod nogami i w ostatniej chwili łapie mnie Kamil i ratuje z opresji. Humory wracają na swoje miejsce – śmiejemy się na głos i zmęczenie na chwilę odchodzi na dalszy plan.

- W sumie miałam ochotę się cała zanurzyć. Wzdycham z uśmiechem.
- Nie widzę przeciwwskazań! Tylko zdejmijmy może plecaki…

Bałtycka ulga

Ostatecznie morze przepuszcza nas przez osuwisko po zanurzeniu się do pasa. Jakie to było przyjemne! Kiedy tylko znajdujemy kawałek plaży bez kamiennych atrakcji, od razu ściągamy plecaki i wskakujemy w stroje kąpielowe. To jest chyba najprzyjemniejsza kąpiel w morzu w całym moim życiu! 

Taaaaka radość po wyjściu z wody!


Po wyjściu z wody dajemy sobie chwilkę na przeschnięcie w promieniach popołudniowego słońca. Tymczasem ta chwila zamienia się w prawie godzinną drzemkę! W ramach dobudzenia się i zebrania sił na resztę drogi, sprawdzamy campingi w Karwi. Jakież jest nasze zdziwienie, gdy okazuje się, że wcale nie jest kolorowo pod tym względem – kilka domków do wynajęcia i ani słowa o możliwości postawienia namiotu. Ta informacja zmobilizowała nas do dalszej drogi, choć pamiętając sytuację z Chałup, daleko nam do paniki. 

Wszystko płynie

Kolejna przeszkoda staje, choć właściwszym byłoby - płynie nam na drodze już w Karwi. Czeka nas następna przeprawa – tym razem przez rzekę. Nie jest to jednak rwący górski potok ani też głęboka i rozlana delta. Spokojnie sącząca się rzeczka, ewidentnie nadwyrężona upałami i suszą, przepuszcza nas bez najmniejszych protestów czy utrudnień. Ba, w stosunku do rzeki ludzi wylewających się z plaży, jaką będziemy musieli za chwilę pokonać, to w zasadzie żadna przeszkoda. 

Kolejna przeprawa
Fot. K. Pawełczyk


Przejście główną ulicą Karwi jest prawie tak męczące i trudne jak poranne przejście plażą z Lisiego Jaru do Gwiazdy Północy. Kiedy siły opuszczają nas zupełnie, przypominamy sobie o pięknej i praktycznej pamiątce, jaką nabyliśmy dzisiaj z rana w Chłapowie – termicznym ubranku na puszeczki. To jest dobry moment, by wypróbować czy faktycznie działa. Zaraz po zakupach zgrabna puszeczka trafia wprost do ubranka. Idziemy już dłuższy kawałek przez tę ostatnią tak popularną miejscowość turystyczną przed Łebą, ale pola namiotowego jak nie było, tak nie ma. W dodatku zaczyna mi się sączyć katar z nosa i trochę kręci mi się w głowie. Proszę Kamila o chusteczkę. Przytykam ją pod nos, a z niego już się nie sączy, a leje i nie katar, a krew. Całe ręce mam czerwone, w ruch idzie kolejna chusteczka i nawet bluzce i butom się dostało. Jestem trochę oszołomiona, ale rozsądnie zdejmuję plecak i pochylam głowę. Kamil jest przerażony. Wyciąga kolejną chusteczkę, a ja jak mantrę powtarzam sobie, że już dość tych krwawych wybryków. Marzę o tym, by znaleźć już miejsce dzisiejszego noclegu - ten dzień dał mi solidnie w kość. Krwawienie wprawdzie udało się opanować po czwartej chusteczce, ale w głowie zapala się czerwona lampka.

Game is not over!

Prawie na samym końcu Karwi udaje nam się znaleźć pole namiotowe. Szybko rozkładamy dom, ubieramy nieco cieplejsze ciuchy i ruszamy z naszą puszeczką na plażę, na zachód słońca. 

Audycja nie zawiera lokowania produktu ;)
Fot. K.Pawełczyk


- To co? Co jutro będziemy robić? – Pytam nieśmiało, mając odważne pomysły na kolejne dwa dni.
- No możemy zostać tutaj… - Kamil patrzy na mnie pytającym wzrokiem, bo dobrze wie, że wcale nie mam zamiaru zostawać w Karwi na kolejne dni.
- A może byśmy tak… hmm… poszli do Łeby?
- Do Łeby? Ale to jest ponad 50 km! Dasz radę z bolinóżką? Musimy to w dwa dni zrobić…
- Spróbujmy! Od początku o tym nieśmiało myślałam… wiem, że jak się zdecydujemy, to nie będzie odwrotu, ale nie chcę tu zostawać.
- Hmm... challenge accepted!
- No to za kolejny etap! – podnoszę radośnie puszkę w ubranku, odkrywając, że napój w środku jest nadal chłodny. Jesteśmy szczęśliwi i na maksa podekscytowani czekającym nas wyzwaniem! W dwa dni musimy przejść prawie tyle, ile szliśmy ostatnie cztery.
Katarzyna Pawełczyk