czwartek, 7 lipca 2016

Żeglarz Żeglarzowi Przyjacielem

Z kambuza dochodzą dźwięki bezsprzecznie oznaczające zbliżającą się kolacje. Adam z Magdą nerwowo kręcą się po kei, a ja czuje w kościach, że mają mi do zakomunikowania jakąś mało sympatyczną informację. Zasiadamy do stolika w kokpicie, a atmosfera staje się jakby gęstsza. Pochłanianiu kanapek towarzyszą rozmowy o niczym, które z całą pewnością oznaczają palącą potrzebę odwlekania nieuniknionego tematu powrotu do Radazul. Wreszcie pada długo wyczekiwane pytanie o trasę i plany. Spokojnie tłumacze mojej dzielnej choć morsko schorowanej załodze, że jedyną opcją powrotu jest północ Teneryfy, gdzie może i fale są większe ale za to prognozy wiatrowe stabilne.
- Czeka nas około 30 godzin na morzu - mówię spokojnym tonem. Tylko twarz Jaśka i Leszka nie wykrzywiła się w grymasie na tę informację. Nie muszą mówić nic więcej. Doskonale już wiem, że ten przelot zrobimy w pomniejszonym składzie, choć ciągle z tyłu głowy majaczą mi resztki nadziei na obecność Adama, który jest szybko uczącym się, doskonałym materiałem na prawdziwego wilka morskiego. Niestety Adam oznajmia, że nie zostawi Magdy i w następnym porcie wraz z nią schodzi na ląd. Na najdłuższy przelot w tym rejsie zostajemy w cztery osoby. Siadam na kei tuż obok Poloneza. Lekkie przerażenie miesza się ze zmęczeniem i spokojem jednocześnie. 
 
K. Pawełczyk
Tryb rozwiązywania problemów został uruchomiony i gdzieś podskórnie czuje pewność, że przecież na morzu jest najbezpieczniej, najlepiej, najwłaściwiej - że przecież zostały trzy doświadczone i doskonale radzące sobie osoby i jedna, która jest pełna zapału i szybko się uczy, pewność że dopłyniemy do Radazul bezpiecznie. Kiedy ta mieszanka uczuć, myśli i emocji kłębi się w mojej głowie, słyszę za sobą wesołe:
- O dziewczyna z Poloneza! Gdzie płyniecie?
Podnoszę wzrok do góry i nieśmiały uśmiech pojawia się na mojej twarzy - bycie zakwalifikowaną do załogi TEGO jachtu sprawia mi mimowolnie ogromną przyjemność. Niemniej szybko tłumaczę, że niestety nie z Poloneza a z Garanona, a moim problemem jest nie cel rejsu a sposób jego osiągnięcia. I wtedy staje się rzecz niesamowita. W środku nocy załogi wszystkich polskich jachtów w marinie zostają postawione na nogi, żeby mi pomóc. Okazuje się, że na północy Teneryfy jest malutki porcik, w którym możemy zacumować i chwilę odpocząć. Telefony nowych znajomych żeglarzy rozdzwaniają się do innych żeglarzy, którzy byli, widzieli lub znają kogoś kto był i może potwierdzić informację. Jestem zachwycona! W przeciągu godziny znam nazwę, lokalizacje i wskazówki podejściowe! Żeglarze to jednak niesamowici i pomocni ludzie. Jestem niezwykle szczęśliwa i wdzięczna, że mogę należeć do tej cudownej grupy. Ulga wypiera resztki strachu - teraz jestem już przekonana, że będzie dobrze. 
Czas wyruszyć na Ocean
S. Pawełczyk

Do Los Gigantes wyruszamy o świcie. Wiatr głośno zaznacza swoją obecność, a prawa fizyki w strefie akceleracji są nieubłagane. Ogromne fale kołyszą naszym małym światem bezlitośnie, a gdzieś przed dziobem majaczą ogromne klify. Wyznaczam kurs i szacuje czas zawitania do portu  - wyrobimy się zanim wiatr przybierze na sile. Zostawiam oficerów na pokładzie i idę się na chwilę położyć. Nie minęło nawet pięć minut, gdy jacht zaczyna się zachowywać zupełnie inaczej - spokojnie, bezsilnie, wydaje się jakbyśmy wręcz płynęli do tyłu. Wyskakuje ze śpiwora wściekła jak osa - zabawa zabawą, ale musimy przecież wypocząć przed przelotem.
- co wy robicie?!
Jakież jest moje zdziwienie, kiedy okazuje się że to nie poczucie humoru chłopaków, a kompletny brak wiatru i martwa fala… Kanary zaskakują mnie bardziej z każdą przepłyniętą milą - warunki wiatrowe zmieniają się jak w kalejdoskopie.
Los Gigantes
K. Pawełczyk

Pół mili przed nami wyrastają z wody majestatyczne klify Los Gigantes. Pięciuset metrowe ściany oglądane z morza robią na nas niesamowite wrażenie. Jedyny w swoim rodzaju podręcznik geologii na wyciągnięcie ręki, udowadnia bezsprzeczną potęgę i kreatywność Natury. Gdzieś między Gigantami ukryty jest zielony i tajemniczy wąwóz Masca, którego jeden koniec znajduje się w górach Teno, drugi zaś schodzi do Atlantyku. Pierwsze grupki turystów kłębią się niecierpliwie na brzegu, czekając na maleńkie łódeczki zmierzające do portu w Los Gigantes. Słońce coraz wyraźniej przypomina o swojej obecności, a coraz silniejsze podmuchy przypominają, że wiatr również nie powiedział jeszcze ostatniego słowa tego dnia. Wszystkie jachty kierują się do mariny, w której miejsca starczy dla dwóch może trzech pierwszych - zaczynają się nieoficjalne regaty, których stawką jest bezpieczny nocleg. Jedyną zasadą w tym wyścigu jest “kto pierwszy ten lepszy”. Po chwili wychodzimy na prowadzenie i jako pierwsi pojawiamy się w kanale - labiryncie, szukając odpowiedniego miejsca postojowego. 
Radość z wygranej - bezcenna!
K. Pawełczyk

Z pierwszego upatrzonego nas wyrzucają - w drugim parkujemy rzutem na taśmę. To będzie ostatni wspólny wieczór tej załogi...

Katarzyna Pawełczyk

środa, 15 czerwca 2016

Tajemnicza La Gomera



Zmierzch przejmuje panowanie nad maleńką wyspą. Wiatr nie dając  za wygraną, rozbija się o wanty i fały. Postanawiamy rozejrzeć się nieco po okolicy. Tuż przy marinie wyłania się wydrążony w skale tunel na kamienistą, niewielką plażę. Kierujemy się na ostrą, niewzruszoną rozszalałym oceanem skałę, z której rozpościera się widok na błyszczącą tysiącem świateł Teneryfę. 

Magia La Gomery
S. Pawełczyk
Atmosfera tego niepozornego miejsca jest magiczna. Przestaje myśleć o tym, co będzie dalej, o incydencie z podchodzenia do kei, o czekającym nas długim i trudnym przelocie. Zatapiam się w Gomerę wszystkimi zmysłami, a w głowie pojawia się śmiała i zupełnie naturalna myśl, że mogłabym tu zostać. Na zawsze. Piękno i potęga Oceanu zachwycają mnie i budzą nieskończony respekt.  W tym momencie nie potrafię sobie wyobrazić, że istnieje jakakolwiek inna rzeczywistość. Już dawno nie byłam bardziej „tu i teraz”.  
Poranna tęcza
S. Pawełczyk

Poranek na Gomerze przywitał nas nieśmiałą tęczą na tle granatowego nieba. Dobry nastrój nie opuszcza mnie od wczorajszego wieczoru. Już mamy zasiadać do śniadania w kokpicie, gdy Jasiek przybiega na pokład z niesamowitą informacją:
- nie zgadniesz, co stoi naprzeciwko nas!!
Wytężam wzrok, a serce zaczyna mi bić jak szalone.
- to jest Polonez, TEN Polonez!
Polonez w całej okazałości!
K. Pawełczyk

Popadamy z Jaśkiem w euforię niczym małe dzieci w ogromnym sklepie z zabawkami, czego inni nie potrafią zrozumieć – w końcu dla nich jacht, jak jacht. Biegnę po aparat i nie mogę uwierzyć, że na maleńkiej wysepce, gdzieś na Atlantyku spotykam polski jacht, na którym kpt. Baranowski okrążył ziemię! Jacht, o którym czytałam i z którym przeżywałam wszystkie piękne i trudne chwile podczas lektury „Drogi na Horn”. Jestem absolutnie zachwycona! A to dopiero początek atrakcji jakie szykuje nam Gomera.
"Moim zdaniem widać Teide"
K.. Pawełczyk

Na jednej z wąskich uliczek znajdujemy samochód, którym zamierzamy eksplorować wyspę. Po chwili jazdy znad chmur wyłania się Teide. Krótka przerwa na robienie zdjęć i ruszamy dalej w kierunku słynnych wawrzynowych lasów. Oczywiście obowiązkowym punktem na trasie jest kawiarenka z leche leche. Udaje nam się wypić cudowny napój zanim wycieczka niemieckich emerytów na dobre opanowała lokal.  Ciężkie deszczowe chmury wiszą nad górami, dolinami i wąwozami, pokrytymi soczystą zielenią. Zastanawiamy się głośno, czy pogoda okaże nam nieco łaskawości i choć na chwilę zza ołowianych zasłon wyjrzy upragnione słońce. 
To jest właśnie Gomera
K. Pawełczyk

Piękno natury
K. Pawełczyk




Zjeżdżamy w kierunku kamienistej plaży, a temperatura zaczyna podejmować z nami współpracę, pozwalając na zrzucenie sztormiaków i czapek. Obłe kamienie i delikatny szum wody sprawiają, że miejsce to wydaje się być idealnym na przedpołudniową drzemkę. Trudy wieczornej wachty przy rumie dają się we znaki i szybko ulegamy pokusie wyłożenia się na twardym legowisku. Poczucie błogiego spokoju rozpływa się po całym ciele, potęgując chęć zostania tutaj na dłużej.  Niestety Sebastian jako samozwańczy kierownik wypraw lądowych, przerywa nam słodkie leniuchowanie przedstawiając kolejne punkty wycieczki.
Drzemka jest zawsze dobrym pomysłem!
J. Bratek

W lesie wawrzynowym pogoda wraca do sprawdzonego zestawu – deszczu, chłodu i mgły. Jednak jako prawdziwe wilki morskie nie dajemy za wygraną i ruszamy na jeden ze szlaków, ukrywając skrzętnie przed sobą delikatną acz upartą zadyszkę, łapiącą na każdym podejściu. 
Wawrzynowy, tajemniczy las...
S. Pawełczyk

Po krótkim spacerze marzymy o dwóch zaledwie rzeczach – cieple i jedzeniu. Co bardziej wymagający konkretyzują jedzenie do paelli a ciepło do 25 stopni. Ruszamy zatem na południe Gomery w poszukiwaniu jednego i drugiego, zachwycając się po drodze niesamowitymi widokami. Wreszcie docieramy do wymarzonego raju – ciepłej i słonecznej mekki hippisów, w której każda knajpka oferuje lokalne specjały kuchni kanaryjskiej. 
Tymczasem na południu...
K. Pawełczyk

Wybieramy jedną z nich, a zmęczone umysły gubią natychmiast zdrowy rozsądek, dając się ponieść ucztowaniu z piekielnie drogim, ekologicznym i lokalnym winem w tle. Ostatnie beztroskie i cudowne chwile tego wieczoru spędzamy nad brzegiem oceanu – oderwani od rzeczywistości, rozleniwieni i szczęśliwi…
Katarzyna Pawełczyk
Dobranoc :)
K. Pawełczyk
 

poniedziałek, 23 maja 2016

W cieniu Teide, kursem na Gomerę



Nie oszczędzam załogi z porannym wstawaniem w tym rejsie. Na długą chwilę przed świtem słychać pierwsze budziki, spędzające z oczu resztki najdroższego, upragnionego i dającego pełne wytchnienie snu. Wątłe ciała odruchowo sięgają po narzędzia przydatne podczas porannego prysznica i po wyznaczonej acz niewidzialnej ścieżce zmierzają w stronę toalet. 
Port budzi się niespiesznie...
K. Pawełczyk

Chłodna woda robi swoje i po dłuższej chwili już ze znacznie większą pewnością nadajemy się do kolejnego starcia z nieubłaganym oceanem. Wyjściu z toalety towarzyszą pierwsze promienie przyjaznego słońca. El Medano leniwie budzi się do życia, a stolik w kokpicie naszego pływającego domu zapełnia się rarytasami z kambuzowych zakamarków. 
Dla takich widoków warto wstać
K. Pawełczyk

W głębi duszy chciałabym już oddać cumy i znaleźć się za główkami portu. Mimo to nieśmiały strach czai się to tu, to tam – przyciągając czarne scenariusze. Ocean wczoraj pokazał swoją potęgę i udowodnił wszech panowanie nad losem tych, którzy ośmieleni pychą zapomnieli o mocy żywiołu, z którym się mierzą. 
Cudowny poranek!
K. Pawełczyk

Kanapki i jajecznica znikają z talerzy w błyskawicznym tempie. Ekipa Żygałków wręcz łapczywie pochłania przydzielone porcje – prawdopodobnie w ich głowach też czai się strach, lecz nie tyle przed grozą oceanu, ile przed szczegółową analizą składu dzisiejszego śniadania. Ostatni okruszek zjedzony – możemy ruszać na Gomerę.
Słońce coraz mocniej daje o sobie znać, a po wczorajszym wietrze nie pozostał nawet ślad. Ocean jest spokojny jak gdyby wczorajsze wściekłe fale były tylko złym snem. Silnik miarowo mruczy pod pokładem, a brak perspektywy postawienia żagli zdecydowanie poprawia humory wczorajszym ofiarom choroby morskiej. Leszek natychmiastowo montuje wędki na rufie i zakłada strój plażowy.  
 
Smażing
K. Pawełczyk
 Do wesołej załogi dołączają goście z głębin oceanu. Cała wesoła gromadka delfinów pociesznie daje pokaz akrobatycznych umiejętności. Po chwili dźwięk migawki zaczyna zagłuszać diesla, a na pokładzie definitywnie króluje radość i dziecięce podniecenie.  Sielanka zapanowała na dobre i nawet Justyna, która postanowiła przetrwać ten przelot w koi zrobiła odważny krok ku wyjściu na pokład. 
Goście z głębin
J. Chudzik

I nagle znikąd, tak po prostu i bez ostrzeżenia… zaczęło wiać! Dokładnie w momencie, kiedy wyszliśmy z bezpiecznego cienia Teide ocean przypomniał nam, kto tu rządzi. Stawiamy żagle i zaczyna się jazda na ostro. Żygałki w błyskawicznym tempie uciekają pod pokład przyjąć bezpieczną dla żołądka pozycje embrionalną.
Czuje jak adrenalina i dzika radość żeglugi przejmują panowanie nad moją głową. Jest cudownie! Wreszcie płyniemy napędzani jedyną słuszną siłą. Fale przelewają się przez pokład, a kadłub skacze w rytmie atlantyckiej fali. Chłopaki po kolei schodzą po sztormiaki, a ja – największy zmarzluch zostaje w krótkich spodenkach i bluzie zaledwie, nie chcąc stracić ani sekundy tych niesamowitych wrażeń. 
Sztormiak? Jaki sztormiak?!
J. Chudzik

Na horyzoncie pojawia się maleńka żółta plama.
- chłopaki obserwujcie to, co mamy na piątej – to chyba prom.
Rzucam do wachty, a sama schodzę pod pokład przygotować się z locją do wejścia do La Gomery. Po dwóch minutach meldują, że to kontenerowiec i w dodatku nie na kursie kolizyjnym. Wydaje mi się to nieco podejrzane, bo z tego co wiem kontenerowce tędy nie pływają. Kończę zdanie o wchodzeniu przy silnym wietrze i postanawiam  sprawdzić te rewelacje.  Niezidentyfikowany duży, żółty obiekt zdecydowanie za szybko zbliża się do nas – i wtedy nadchodzi olśnienie – to speed ferry! Ktoś mnie przed rejsem nawet ostrzegał  o tych paskudnych kupach żelastwa, pojawiających się znikąd z nieprzyzwoicie dużą prędkością.
- silnik i zwrot! – rzucam do sternika, a chłopaki natychmiast zajmują właściwe pozycje do manewru. Ledwie odłożyliśmy się na drugi hals, gdy speed ferry pojawił się na naszym trawersie. Poziom adrenaliny skacze do maximum! Niewiele brakowało, a zostalibyśmy przemieleni na gładką masę przez tego potwora… Zaraz za nim pojawia się drugi prom, tym razem tradycyjny. Płynie z na tyle nieciekawą prędkością, że gdy wrócimy na właściwy kurs zaryzykujemy bliskie spotkanie, gdy zaś pozostaniemy na kursie ucieczkowym, trzeba będzie później sporo nadrobić. Postanawiam jednak nie przyglądać się z bliska burtom olbrzyma i pociągnąć jeszcze na południe. 
Mój znajomy Marcin powiedział mi przed rejsem: „jeszcze nigdy nie wchodziłem do Gomery poniżej 6B” – tak i mnie jest dane wchodzić przy 6B. W głowie przygotowuje sobie manewr i w międzyczasie rozdzielam zadania. Żołądek ściśnięty, twarz skupiona, ster kurczowo trzymany, a mimo to mam złe przeczucia związane z parkowaniem – co chwilę chodzą silne szkwały, a port osłonięty nie jest. Początkowo wszystko idzie zgodnie z planem. Wpływam, wrzucam wsteczny i powoli jedziemy w kierunku naszego miejsca i… zaczyna się jedna wielka katastrofa. Szkwał uderzył w burtę przesuwając ją o kluczowe dla tego manewru centymetry. Nie zmieścimy się. Wrzucam szybko bieg do przodu, ale zwiedzeni poleceniami marinero dziobowi  rzucili już mu cumy, za które nas ciągnie. Łódka ustawiła się w taki sposób, że już nie mam złudzeń co do obtarcia burt, modląc się tylko by było one jak najmniejsze. Obijamy się solidnie o igrekbom. Ciśnienie skacze mi do dwustu. To nie był wzorowy manewr, czego doskonałym dowodem jest długa czarna krecha na burcie naszego Garaniona… Marinero szybkim gestem, prosi mnie z dokumentami jachtu do kapinatu, a ja mam ochotę go zamordować gołymi rękami…
- you were going so perfect and than….
Katarzyna Pawełczyk

wtorek, 17 maja 2016

Na spotkanie z Oceanem!



Nad Radazul świt nieśmiało przejmuje panowanie nad nocą. Lekka szarówka budzi do życia co odważniejszych osobników, którzy owładnięci chęcią rzucenia cum, wyskakują sprawnie ze śpiworów, szykując się na spotkanie z oceanem.  Śniadanie zjemy na już wodzie, co niestety nie wszystkim wyjdzie na dobre. Ostatnie spojrzenie na port, przydzielenie zadań przy odejściu od kei – w piekielnie ciasnym i wymagającym miejscu, przygotowanie szpringu rufowego i już zapalam silnik na znak kompletnej gotowości do ruszenia ku przygodzie. Wrzucam wsteczny, dziób zgodnie z planem odkleja sie od nabrzeża. Kiedy wychylenie osiąga maksimum, pada komenda na oddanie szpringu – wrzucam bieg do przodu. Z tyłu głowy pojawia się czerwona lampka – nie przejdę, jest za ciasno – w dokładnie tym samym momencie jakaś piekielna siła zatrzymuje łódkę. To płetwa sterowa zahaczyła o  mocno napięte muringi. Na szczęście na miejscu pojawiają się żeglarze z ów jachtu, którego muringi stanęły nam na drodze i rozluźniają więzy, oplatające nasz ster. Teraz już idzie gładko. Dziób sprawnie wychyla się ku wyjściu z mariny, zostawiając z tyłu śpiące jeszcze jachty.
Ocean wita nas spokojną, niemalże gładką taflą. Prognozy wiatrowe są pomyślne i nic nie zapowiada walki jaką będziemy musieli stoczyć już pierwszego dnia. Na horyzoncie widać spowite deszczem Santa Cruz – kolejny argument dowodzący, że warto wcześnie wstawać. Szaro-granatowa chmura szybko przesuwa się jednak w naszą stronę, urządzając regaty w których nie mamy szans już od samego początku wyścigu. Razem z chmurą nadciąga zimny, silny wiatr a ocean natychmiastowo zamienia się w rollercoster.
Ocean zaczyna się burzyć...
K. Pawełczyk
Każda kolejna fala robi się większa, a zjedzenie śniadania urasta do rangi nie lada wyczynu. Pierwsze niezaprzeczalne oznaki choroby morskiej czają się na pokładzie, a pluszak przeznaczony dla prezesa wyjazdu niecierpliwie czeka na swojego właściciela. Że będzie solidne rzyganie – nie mam złudzeń, pozostaje tylko obstawianie ilu dzielnych załogantów zmorze i na jak długo. Pierwszy oddaje hołd Neptunowi Sebastian. Do analizy zawartości żołądka dodajemy misia i tytuł prezesa – było o co walczyć! Inni również się nie poddają i po dwóch godzinach od wypłynięcia, zostają już tylko trzy osoby, które nie sprawdzały czy śniadanie w obie strony smakuje tak samo – ja, Filip i Jasiek. Ocean nie daje jednak za wygraną i śle coraz bardziej rozwścieczone fale.
Wpływamy w strefę akceleracji – wiatr tężeje z minuty na minutę, a nowicjusze mają serdecznie dość. Wizja płynięcia na Gomerę wydaje się karkołomna, jednak ze wszystkich sił chce dopłynąć jak najdalej, licząc że za chwilę wpłyniemy w strefę ciszy, w której Teide da nam trochę wytchnienia.  Niestety wiszący za burtą nie mają nadziei, na to że na oceanie może być przyjemnie i w przerwie między wsadzaniem głowy w worek wspominają o zawinięciu do najbliższego portu. Za słynnym rajem surferów El Medano, ostrzymy do wiatru tak by obrać kurs na Gomerę. Oczywiście wraz z wyostrzeniem, odczucia znacznie się pogarszają, a chorujący nawet nie chcą słyszeć o zejściu pod pokład i złożeniu się do koi. Nie mam im tego za złe – sama pamiętam, kiedy w obawie przed potęgującym złe samopoczucie zejściem pod pokład, wolałam marznąć w kokpicie. Argumenty o zbawiennym działaniu snu i pozycji horyzontalnej, oczywiście odbijają się echem. Los tak chciał, że moja choroba morska objawia się najczęściej w dwóch odsłonach – bezsenności lub wręcz przeciwnie potrzebie spania cały czas. Tym razem senność postanowiła wziąć górę. Zostawiam więc stery pod opieką zaufanego i doświadczonego oficera, a sama udaje się do koi na krótką drzemkę. 
Ster został w dobrych rękach ;)
K. Pawełczyk

Nie zdążę jeszcze dobrze wejść do śpiwora, kiedy słyszę swoje imię i jakieś poruszenie w kokpicie. Czekam chwilę aby nabrać pewności, że jestem absolutnie niezbędna i muszę się wygrzebać ze stęsknionego śpiworka. Otrzeźwia mnie natychmiastowo zupełnie poważnie brzmiąca informacja, o tym że Sebastian szykuje się do wodowania pontonu i dostania się nim na brzeg. Kiedy wybiegam do kokpitu widzę pogrążonego w amoku i wysoce zdeterminowanego Sebę by jak najszybciej opuścić pokład jachtu. Nie zastanawiając się, zbiegam do nawigacyjnej po locję i szukam najbliższego portu. Jest – zaledwie 5 mil od nas na trawersie. Obiecuje zdesperowanym załogantom, że koszmar skończy się za godzinę. Wyznaczam kurs na port i zabieram się do studiowania locji, w której autor grzmi o ryzyku i niebezpieczeństwie wchodzenia do mariny przy tym wietrze. W gardle rośnie mi gula trudna do przełknięcia, a w głowie pojawia się stara zasada mówiąca o tym,  że w takich warunkach im dalej od lądu, tym bezpieczniej. Adaś dzwoni do potencjalnego miejsca schronienia, by upewnić się czy będzie dla nas miejsce i czy w tych warunkach wejście w ogóle jest możliwe.
- „Oh... it’s big wind but… it’s fine!” – taka odpowiedź musi mnie usatysfakcjonować. Łapie się jej kurczowo, wierząc że wszystkie manewry awaryjne jakie mam w głowie nie będą potrzebne. Na szczęście za główkami znajduje się stacja benzynowa, której keja wygląda na kuszącą alternatywę parkowania w ciasnych igrekbomach, a w dodatku jest blisko kawiarni, gdzie będziemy mogli wynagrodzić sobie trudy  żeglugi ulubionym leche leche oraz łazienka z gorącą wodą. Postanowione – parkujemy właśnie tutaj. Obsługa portu nie protestuje. 
Bezpieczne schroienie
K.  Pawełczyk
Schorowani natychmiast po komendzie „tak stoimy” udają się na ląd z przeświadczeniem, że na pokład już nie wrócą... dopóki nie odpoczną, nie chce poruszać tematu dalszej żeglugi, co by w złości i zmęczeniu nie podjęli jakieś decyzji z kategorii ostatecznych.  Na wszystko przyjdzie pora... 
Katarzyna Pawełczyk
Dobranoc!
K. Pawełczyk