poniedziałek, 23 maja 2016

W cieniu Teide, kursem na Gomerę



Nie oszczędzam załogi z porannym wstawaniem w tym rejsie. Na długą chwilę przed świtem słychać pierwsze budziki, spędzające z oczu resztki najdroższego, upragnionego i dającego pełne wytchnienie snu. Wątłe ciała odruchowo sięgają po narzędzia przydatne podczas porannego prysznica i po wyznaczonej acz niewidzialnej ścieżce zmierzają w stronę toalet. 
Port budzi się niespiesznie...
K. Pawełczyk

Chłodna woda robi swoje i po dłuższej chwili już ze znacznie większą pewnością nadajemy się do kolejnego starcia z nieubłaganym oceanem. Wyjściu z toalety towarzyszą pierwsze promienie przyjaznego słońca. El Medano leniwie budzi się do życia, a stolik w kokpicie naszego pływającego domu zapełnia się rarytasami z kambuzowych zakamarków. 
Dla takich widoków warto wstać
K. Pawełczyk

W głębi duszy chciałabym już oddać cumy i znaleźć się za główkami portu. Mimo to nieśmiały strach czai się to tu, to tam – przyciągając czarne scenariusze. Ocean wczoraj pokazał swoją potęgę i udowodnił wszech panowanie nad losem tych, którzy ośmieleni pychą zapomnieli o mocy żywiołu, z którym się mierzą. 
Cudowny poranek!
K. Pawełczyk

Kanapki i jajecznica znikają z talerzy w błyskawicznym tempie. Ekipa Żygałków wręcz łapczywie pochłania przydzielone porcje – prawdopodobnie w ich głowach też czai się strach, lecz nie tyle przed grozą oceanu, ile przed szczegółową analizą składu dzisiejszego śniadania. Ostatni okruszek zjedzony – możemy ruszać na Gomerę.
Słońce coraz mocniej daje o sobie znać, a po wczorajszym wietrze nie pozostał nawet ślad. Ocean jest spokojny jak gdyby wczorajsze wściekłe fale były tylko złym snem. Silnik miarowo mruczy pod pokładem, a brak perspektywy postawienia żagli zdecydowanie poprawia humory wczorajszym ofiarom choroby morskiej. Leszek natychmiastowo montuje wędki na rufie i zakłada strój plażowy.  
 
Smażing
K. Pawełczyk
 Do wesołej załogi dołączają goście z głębin oceanu. Cała wesoła gromadka delfinów pociesznie daje pokaz akrobatycznych umiejętności. Po chwili dźwięk migawki zaczyna zagłuszać diesla, a na pokładzie definitywnie króluje radość i dziecięce podniecenie.  Sielanka zapanowała na dobre i nawet Justyna, która postanowiła przetrwać ten przelot w koi zrobiła odważny krok ku wyjściu na pokład. 
Goście z głębin
J. Chudzik

I nagle znikąd, tak po prostu i bez ostrzeżenia… zaczęło wiać! Dokładnie w momencie, kiedy wyszliśmy z bezpiecznego cienia Teide ocean przypomniał nam, kto tu rządzi. Stawiamy żagle i zaczyna się jazda na ostro. Żygałki w błyskawicznym tempie uciekają pod pokład przyjąć bezpieczną dla żołądka pozycje embrionalną.
Czuje jak adrenalina i dzika radość żeglugi przejmują panowanie nad moją głową. Jest cudownie! Wreszcie płyniemy napędzani jedyną słuszną siłą. Fale przelewają się przez pokład, a kadłub skacze w rytmie atlantyckiej fali. Chłopaki po kolei schodzą po sztormiaki, a ja – największy zmarzluch zostaje w krótkich spodenkach i bluzie zaledwie, nie chcąc stracić ani sekundy tych niesamowitych wrażeń. 
Sztormiak? Jaki sztormiak?!
J. Chudzik

Na horyzoncie pojawia się maleńka żółta plama.
- chłopaki obserwujcie to, co mamy na piątej – to chyba prom.
Rzucam do wachty, a sama schodzę pod pokład przygotować się z locją do wejścia do La Gomery. Po dwóch minutach meldują, że to kontenerowiec i w dodatku nie na kursie kolizyjnym. Wydaje mi się to nieco podejrzane, bo z tego co wiem kontenerowce tędy nie pływają. Kończę zdanie o wchodzeniu przy silnym wietrze i postanawiam  sprawdzić te rewelacje.  Niezidentyfikowany duży, żółty obiekt zdecydowanie za szybko zbliża się do nas – i wtedy nadchodzi olśnienie – to speed ferry! Ktoś mnie przed rejsem nawet ostrzegał  o tych paskudnych kupach żelastwa, pojawiających się znikąd z nieprzyzwoicie dużą prędkością.
- silnik i zwrot! – rzucam do sternika, a chłopaki natychmiast zajmują właściwe pozycje do manewru. Ledwie odłożyliśmy się na drugi hals, gdy speed ferry pojawił się na naszym trawersie. Poziom adrenaliny skacze do maximum! Niewiele brakowało, a zostalibyśmy przemieleni na gładką masę przez tego potwora… Zaraz za nim pojawia się drugi prom, tym razem tradycyjny. Płynie z na tyle nieciekawą prędkością, że gdy wrócimy na właściwy kurs zaryzykujemy bliskie spotkanie, gdy zaś pozostaniemy na kursie ucieczkowym, trzeba będzie później sporo nadrobić. Postanawiam jednak nie przyglądać się z bliska burtom olbrzyma i pociągnąć jeszcze na południe. 
Mój znajomy Marcin powiedział mi przed rejsem: „jeszcze nigdy nie wchodziłem do Gomery poniżej 6B” – tak i mnie jest dane wchodzić przy 6B. W głowie przygotowuje sobie manewr i w międzyczasie rozdzielam zadania. Żołądek ściśnięty, twarz skupiona, ster kurczowo trzymany, a mimo to mam złe przeczucia związane z parkowaniem – co chwilę chodzą silne szkwały, a port osłonięty nie jest. Początkowo wszystko idzie zgodnie z planem. Wpływam, wrzucam wsteczny i powoli jedziemy w kierunku naszego miejsca i… zaczyna się jedna wielka katastrofa. Szkwał uderzył w burtę przesuwając ją o kluczowe dla tego manewru centymetry. Nie zmieścimy się. Wrzucam szybko bieg do przodu, ale zwiedzeni poleceniami marinero dziobowi  rzucili już mu cumy, za które nas ciągnie. Łódka ustawiła się w taki sposób, że już nie mam złudzeń co do obtarcia burt, modląc się tylko by było one jak najmniejsze. Obijamy się solidnie o igrekbom. Ciśnienie skacze mi do dwustu. To nie był wzorowy manewr, czego doskonałym dowodem jest długa czarna krecha na burcie naszego Garaniona… Marinero szybkim gestem, prosi mnie z dokumentami jachtu do kapinatu, a ja mam ochotę go zamordować gołymi rękami…
- you were going so perfect and than….
Katarzyna Pawełczyk

wtorek, 17 maja 2016

Na spotkanie z Oceanem!



Nad Radazul świt nieśmiało przejmuje panowanie nad nocą. Lekka szarówka budzi do życia co odważniejszych osobników, którzy owładnięci chęcią rzucenia cum, wyskakują sprawnie ze śpiworów, szykując się na spotkanie z oceanem.  Śniadanie zjemy na już wodzie, co niestety nie wszystkim wyjdzie na dobre. Ostatnie spojrzenie na port, przydzielenie zadań przy odejściu od kei – w piekielnie ciasnym i wymagającym miejscu, przygotowanie szpringu rufowego i już zapalam silnik na znak kompletnej gotowości do ruszenia ku przygodzie. Wrzucam wsteczny, dziób zgodnie z planem odkleja sie od nabrzeża. Kiedy wychylenie osiąga maksimum, pada komenda na oddanie szpringu – wrzucam bieg do przodu. Z tyłu głowy pojawia się czerwona lampka – nie przejdę, jest za ciasno – w dokładnie tym samym momencie jakaś piekielna siła zatrzymuje łódkę. To płetwa sterowa zahaczyła o  mocno napięte muringi. Na szczęście na miejscu pojawiają się żeglarze z ów jachtu, którego muringi stanęły nam na drodze i rozluźniają więzy, oplatające nasz ster. Teraz już idzie gładko. Dziób sprawnie wychyla się ku wyjściu z mariny, zostawiając z tyłu śpiące jeszcze jachty.
Ocean wita nas spokojną, niemalże gładką taflą. Prognozy wiatrowe są pomyślne i nic nie zapowiada walki jaką będziemy musieli stoczyć już pierwszego dnia. Na horyzoncie widać spowite deszczem Santa Cruz – kolejny argument dowodzący, że warto wcześnie wstawać. Szaro-granatowa chmura szybko przesuwa się jednak w naszą stronę, urządzając regaty w których nie mamy szans już od samego początku wyścigu. Razem z chmurą nadciąga zimny, silny wiatr a ocean natychmiastowo zamienia się w rollercoster.
Ocean zaczyna się burzyć...
K. Pawełczyk
Każda kolejna fala robi się większa, a zjedzenie śniadania urasta do rangi nie lada wyczynu. Pierwsze niezaprzeczalne oznaki choroby morskiej czają się na pokładzie, a pluszak przeznaczony dla prezesa wyjazdu niecierpliwie czeka na swojego właściciela. Że będzie solidne rzyganie – nie mam złudzeń, pozostaje tylko obstawianie ilu dzielnych załogantów zmorze i na jak długo. Pierwszy oddaje hołd Neptunowi Sebastian. Do analizy zawartości żołądka dodajemy misia i tytuł prezesa – było o co walczyć! Inni również się nie poddają i po dwóch godzinach od wypłynięcia, zostają już tylko trzy osoby, które nie sprawdzały czy śniadanie w obie strony smakuje tak samo – ja, Filip i Jasiek. Ocean nie daje jednak za wygraną i śle coraz bardziej rozwścieczone fale.
Wpływamy w strefę akceleracji – wiatr tężeje z minuty na minutę, a nowicjusze mają serdecznie dość. Wizja płynięcia na Gomerę wydaje się karkołomna, jednak ze wszystkich sił chce dopłynąć jak najdalej, licząc że za chwilę wpłyniemy w strefę ciszy, w której Teide da nam trochę wytchnienia.  Niestety wiszący za burtą nie mają nadziei, na to że na oceanie może być przyjemnie i w przerwie między wsadzaniem głowy w worek wspominają o zawinięciu do najbliższego portu. Za słynnym rajem surferów El Medano, ostrzymy do wiatru tak by obrać kurs na Gomerę. Oczywiście wraz z wyostrzeniem, odczucia znacznie się pogarszają, a chorujący nawet nie chcą słyszeć o zejściu pod pokład i złożeniu się do koi. Nie mam im tego za złe – sama pamiętam, kiedy w obawie przed potęgującym złe samopoczucie zejściem pod pokład, wolałam marznąć w kokpicie. Argumenty o zbawiennym działaniu snu i pozycji horyzontalnej, oczywiście odbijają się echem. Los tak chciał, że moja choroba morska objawia się najczęściej w dwóch odsłonach – bezsenności lub wręcz przeciwnie potrzebie spania cały czas. Tym razem senność postanowiła wziąć górę. Zostawiam więc stery pod opieką zaufanego i doświadczonego oficera, a sama udaje się do koi na krótką drzemkę. 
Ster został w dobrych rękach ;)
K. Pawełczyk

Nie zdążę jeszcze dobrze wejść do śpiwora, kiedy słyszę swoje imię i jakieś poruszenie w kokpicie. Czekam chwilę aby nabrać pewności, że jestem absolutnie niezbędna i muszę się wygrzebać ze stęsknionego śpiworka. Otrzeźwia mnie natychmiastowo zupełnie poważnie brzmiąca informacja, o tym że Sebastian szykuje się do wodowania pontonu i dostania się nim na brzeg. Kiedy wybiegam do kokpitu widzę pogrążonego w amoku i wysoce zdeterminowanego Sebę by jak najszybciej opuścić pokład jachtu. Nie zastanawiając się, zbiegam do nawigacyjnej po locję i szukam najbliższego portu. Jest – zaledwie 5 mil od nas na trawersie. Obiecuje zdesperowanym załogantom, że koszmar skończy się za godzinę. Wyznaczam kurs na port i zabieram się do studiowania locji, w której autor grzmi o ryzyku i niebezpieczeństwie wchodzenia do mariny przy tym wietrze. W gardle rośnie mi gula trudna do przełknięcia, a w głowie pojawia się stara zasada mówiąca o tym,  że w takich warunkach im dalej od lądu, tym bezpieczniej. Adaś dzwoni do potencjalnego miejsca schronienia, by upewnić się czy będzie dla nas miejsce i czy w tych warunkach wejście w ogóle jest możliwe.
- „Oh... it’s big wind but… it’s fine!” – taka odpowiedź musi mnie usatysfakcjonować. Łapie się jej kurczowo, wierząc że wszystkie manewry awaryjne jakie mam w głowie nie będą potrzebne. Na szczęście za główkami znajduje się stacja benzynowa, której keja wygląda na kuszącą alternatywę parkowania w ciasnych igrekbomach, a w dodatku jest blisko kawiarni, gdzie będziemy mogli wynagrodzić sobie trudy  żeglugi ulubionym leche leche oraz łazienka z gorącą wodą. Postanowione – parkujemy właśnie tutaj. Obsługa portu nie protestuje. 
Bezpieczne schroienie
K.  Pawełczyk
Schorowani natychmiast po komendzie „tak stoimy” udają się na ląd z przeświadczeniem, że na pokład już nie wrócą... dopóki nie odpoczną, nie chce poruszać tematu dalszej żeglugi, co by w złości i zmęczeniu nie podjęli jakieś decyzji z kategorii ostatecznych.  Na wszystko przyjdzie pora... 
Katarzyna Pawełczyk
Dobranoc!
K. Pawełczyk





sobota, 9 kwietnia 2016

Kanaryjskie 4 pory roku


Leniwy poranek w Los Realejos
K. Pawełczyk

Nieco zachmurzony poranek bezwzględnie zapanował w Los Realejos. Słabiutkie promienie nieśmiałego słońca próbują przebić się przez cienkie zasłony. Z salonu dochodzą pierwsze oznaki życia, co bezsprzecznie oznacza, że trzeba wstawać i ruszać na spotkanie z cudowną Teneryfą. Biorąc pod uwagę wczorajszą intensywną degustacje rumu z Gran Canarii, nie jest to zadanie proste. Niemniej wszyscy dzielnie zjawiają się w kuchni, znajdując sobie odpowiedzialne zadanie przy przygotowaniu śniadania.
Poszukiwacze przygód!
S. Pawełczyk
W końcu z małym opóźnieniem udaje nam się wyruszyć w podróż. W pierwszej kolejności jedziemy na Teide. Aby dotrzeć na najbardziej malowniczą drogę prowadzącą na szczyt, musimy wrócić się prawie pod samo Santa Cruz. Po niecałej godzinie jazdy dostaję wiadomość od znajomych – droga, którą chcemy wjechać na potężny wulkan jest zamknięta z powodu… śnieżnych zasp. Nadmienię tylko, że na dole jest ok. 18 – 20  przyjemnych stopni. Nieco rozczarowani, zawracamy do Icod – jeśli nie najbardziej malownicza droga na Teide, to wspaniałe, zielone ogrody w Icod właśnie. Jak się okazuje problem z parkowaniem ma wymiar zdecydowanie globalny i nie dotyczy wyłącznie Krakowa… Zanim udaje nam się znaleźć odpowiednie miejsca postojowe dla naszych wehikułów, robimy kilka rundek wąskimi uliczkami starego miasta.

Soczyste ogrody Icod
K. Pawełczyk

Same ogrody w połączeniu z oceanem i staro- kolonialną architekturą miasteczka, robią na wszystkich ogromne wrażenie. Głęboka soczysta zieleń roślin, chłodny majestatyczny błękit oceanu i mocne świeże kolory budynków tworzą niezwykle energetyczną mieszankę, od której nie sposób oderwać wzrok. Niestety napięty grafik zwiedzania wyspy, pozwala jeszcze tylko na szybką porcję leche y leche – typowej kanaryjskiej kawy z mlekiem skondensowanym, którą odkryliśmy dzięki Jaśkowi i musimy ruszać w dalszą drogę.

Energetyczny widok
K. Pawełczyk

Jedyna czynna droga na wulkan zaczyna się od stromych podjazdów i szalenie wąskich zakrętów. Nasz samochód wydaje z siebie takie dźwięki, że zastanawiamy się czy zaraz nie zakończy się wielka i stroma przygoda. Na szczęście po pierwszych trudnościach, droga robi się nieco bardziej sprzyjająca dla pojazdów i absolutnie fantastyczna dla poszukiwaczy silnych wrażeń estetycznych.
 
Załoga w komplecie z Teide!
Widoki zapierają dech w piersiach, dlatego na każdym punkcie widokowym roi się od turystów z aparatami, przeciskających się między sobą w poszukiwaniu tego najlepszego, cudownego kadru. Oczywiście nie byliśmy gorsi i na jednym z nich, również zrobiliśmy sobie sesje zdjęciową z Teide w roli mistrza drugiego planu. Wspaniała wiosna, jaka panowała na dole bardzo płynnie i szybko zmieniała się we wspaniałą zimę – zaspy białego puchu zalegały przy drodze ku uciesze najmłodszych, mogących radośnie harcować w towarzystwie śniegu i ciepłego słońca równocześnie.
Zima.
K. Pawełczyk

W miarę nabierania wysokości, gęsty iglasty las ustępował miejsca ostrym, dosłownie geologiczną chwilę temu rzeźbionym skałom. Krajobraz robi niesamowite wrażenie – wulkaniczny majestat, pokryty nieskazitelną bielą rozciąga się na ogromnej przestrzeni, której nawet nie sposób ogarnąć wzrokiem. Pod sam szczyt, ze względu na rażący brak czasu, wjeżdżamy kolejką. I o ile widoki zapierały dech w piersiach na trasie prowadzącej do kolejki, o tyle to, co można zobaczyć na górze jest po prostu nie do opisania! Jesteśmy wysoko ponad poziomem chmur, które zastąpiły nam błękit oceanu. Doskonale widać rozciągającą się na wiele kilometrów kalderę i granicę między północą pokrytą śniegiem i południem dokładnie wysuszonym przez ostre słońce. Jest cudownie!
Ocean z chmur
K. Pawełczyk

Otwarty podręcznik geologii
K. Pawełczyk
Zjeżdżając na południe Teneryfy mamy okazję poczuć kolejną porę roku – tym razem jadąc w chmurach, wyraźnie mamy do czynienia z kanaryjską jesienią. Chmury, mgła i wszechobecna wilgoć znacznie obniżają odczuwalną temperaturę i wprowadzają atmosferę tajemnicy  i delikatnej grozy. Jako, że na Wyspach Szczęśliwych wszelkie normy i konwenanse nie mają zbyt wielkiego znaczenia, to zaraz po jesieni następuje z całą swoją mocą, południowe lato, a razem z nim drastyczna zmiana krajobrazu. Horyzont zdaje się być pusty i suchy, w odcieniach czerwieni i brązu. Na wybrzeżu za to piętrzą się hotele i przybytki turystycznej radości. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem czterech pór roku, jakich właśnie doświadczyliśmy.
Kaldera
K. Pawełczyk

Przedostatnim punktem naszej wycieczki są klify Los Gigantes. Pięćsetmetrowe ściany wyrastające wprost z morza, rozciągające się na całym północno – zachodnim wybrzeżu Teneryfy.  Klify zarówno z góry jak i z dołu (oraz jak się okaże za kilka dni, z morza) robią piorunujące wrażenie i dowodzą nieskończonej potędze natury, która tutaj jest na wyciągnięcie ręki, mimo próbie adaptacji wyspy na potrzeby ruchu turystycznego.

Los Gigantes

Zwiedzanie Los Gigantes i przerwa na wyczekiwany przez wszystkich obiad  sprawia, że imponujący wąwóz Masca i przejazd przez Góry Teno, zaliczymy już w nocnych okolicznościach, co jak się okaże wcale nie umniejszy mocnym wrażeniom…. 
Katarzyna Pawełczyk

czwartek, 24 marca 2016

Owoce morza, tapasy i rum w wiadrach



- Nie jadę na środku! – zaspanym głosem i z lekko zamglonymi oczami oznajmiam bratu sprzeciw przed zajęciem honorowego miejsca w samochodzie, podskórnie przeczuwając, że mimo próśb i gróźb i tak tam wyląduje.
Nie mogło być inaczej – w decydującej chwili, kiedy Leszek ma zająć miejsce razem ze mną i Justyną z tyłu wehikułu, wybiera wejście po mojej stronie. Gdyby nie zbyt wczesna pora i brak kofeiny w organizmie, pewnie zaprotestowałabym znowu. Cóż… do Balic jakoś wytrzymam na środku.
Szczęśliwie, na lotnisko docieramy ze sporym zapasem czasu – wreszcie można rozpocząć urlop, wreszcie nie trzeba się nigdzie spieszyć. Ta czasowa sielanka nie trwa jednak zbyt długo. Chłopaki ustawiają się do odprawy bagażu w długiej kolejce i po pięciu minutach dalej stoją w tym samym miejscu. Okazuje się, że wszystkie loty naszego przewoźnika obsługuje jedna, ucząca się pani. Po czterdziestu minutach, kiedy panowie nie doszli nawet do połowy ogonka, zaczynam się lekko denerwować i zaklinać rzeczywistość.  
Po dłuuuugiej podróży, szczęśliwie wylądowali na Teneryfie!

- „Pasażerowie udający się na Teneryfę proszeni są o pilne zgłoszenie się do bramki nr 23” – miły, ale stanowczo ponaglający głos rozbrzmiewa mi w uszach, powodując niemiłe uczucie w żołądku. Rzutem na taśmę udaje nam się przejść kontrolę bezpieczeństwa i dotrzeć do wyznaczonej bramki. Uff – głupio byłoby spóźnić się na samolot przed rejsem…
W samolocie całkiem sporą grupę pasażerów stanowią niemowlaki i dzieci poniżej trzeciego roku życia, co wiąże się z koncertem na kilkanaście głosów. Mam to szczęście, że siedzę obok takiej kruszynki, która po obudzeniu w połowie lotu, pragnie z impetem włączyć się w operetkę. Lekko nie jest, ale przecież im bardziej człowiek jedzie zmęczony na urlop, tym bardziej będzie z niego zadowolony po powrocie.
Na Teneryfie wita nas cudowne słońce, delikatnie muskając wyposzczone, blade twarze i niezwykle przyjemna temperatura, pozwalająca na upchanie wszelkich kurtek i czapek do plecaków. Natychmiast zapominam o wszelkich niedogodnościach tej podróży – zdecydowanie wato było!
"Zabiorę was do super knajpki!"
Seba proponuje wygłodniałym współtowarzyszom fajną knajpkę, gdzie serwują świetne owoce morza. Został samozwańczym kapitanem wypraw lądowych, doskonale orientując się co w kanaryjskiej trawie piszczy. Podjeżdżamy na parking w mało ciekawym miejscu, tuż przy autostradzie, gdzie oprócz Mc Donalds’a jest jeszcze kilka przydrożnych przybytków chińskiego i włoskiego żarcia prosto z Teneryfy. Na twarzach pojawia się mieszanka zdziwienia i rozczarowania, ale głodni do granic możliwości nie śmiemy poddawać w wątpliwość jakości włoskiej restauracyjki, czy protestować.  Zamawiam spaghetti frutti di mare, nie spodziewając się niczego nadzwyczajnego, mając jednak nadzieję, że nie skończy się to wielogodzinnym romansem z toaletą. Kiedy na stole pojawia się nasza uczta, wszyscy z uznaniem patrzą w swoje talerze.
- Ale to jest dobre! – daje się słyszeć co kilka kęsów. Kapitan od kwestii lądowych miał rację – jedzenie rewelacyjne!
Obowiązkowe punkty widokowe...

Po morskiej uczcie ruszamy na północ wyspy niezwykle malowniczą drogą, na której co rusz znajdują się punkty widokowe – nie zatrzymywanie się, mogłoby skutkować porcją nieznośny wyrzutów sumienia. 
Humory dopisują :)

Po zachodzie słońca, kiedy Sebastian z Filipem ruszają po resztę załogi na lotnisko, my postanawiamy sprawdzić jak się ma życie nocne w Perto de la Cruz. Po małym rekonesansie wybieramy odpowiednią knajpkę ze sporym wyborem tapasów i muzyką na żywo rodem z… USA! Mix kulturowy Teneryfy wprawia nas w stan słodkiego osłupienia za każdym razem. 
Puerto de la Cruz nocą

- O! O tym mówił Makłowicz… i o tym też! – oglądając skrupulatnie „Makłowicza w podróży” przed rejsem awansowałam do roli eksperta od tapasów i przysmaków kanaryjskich. Po długiej chwili rozważań wybieramy kilka zarekomendowanych przez kulinarnego podróżnika, pozycji z menu i zarekomendowany przez Jaśka rum. Półmiski pełne aromatycznych kozich serów i kolorowych sosów mojo przyprawiają o przyjemny zawrót głowy, a kieliszki wielkości sporego wiadra wypełnione po brzegi złocistym, mocnym, kanaryjskim rumem wywołują uśmiechy sięgające spokojnie do ósemek. 
Wiaderko rumu, a co!

Z każdą minutą humory i poziom zadowolenia rosną o dziwo nie tylko u nas, ale również u kelnerów, którzy zaczynają się droczyć i przedrzeźniać, w niezdarny i przez to sympatyczny sposób, polską mowę. Po zaledwie kilku godzinach spędzonych na Wyspach Szczęśliwych, rewelacyjnym jedzeniu i tylko jednej porcji rumu stwierdzam z całą pewnością, że mogłabym tu zostać na zawsze!
I pomyśleć, że to dopiero początek tej cudownej przygody…

Katarzyna Pawełczyk