piątek, 24 sierpnia 2018

Główny Szlak Plażowy - ruszamy na zachód


Wagon prawie sypialny


Miejsca w wagonach sypialnych były wykupione na długo przed tym, jak zdecydowaliśmy się na tę podróż. W naszym przedziale leżała dwójka podróżnych w średnim wieku, rozłożonych po obu stronach niewielkiej przestrzeni i zupełnie pogrążonych w błogim śnie. Nasze wtargnięcie, choć wydawało mi się, że dość subtelne, zerwało na równe nogi mężczyznę, który w mgnieniu oka obudził żonę i wydał dyspozycje, by położyła się na nim i zwolniła nasze miejsca. Siadamy niemal bezszelestnie. Niewyraźne światło peronu wpada do pociągu, delikatnie rozjaśniając podłogę, a ja czekam na odjazd i cudowne kołysanie, które zabierze mnie w objęcia Morfeusza. Zamknęłam oczy dosłownie na minutę, więc nie wiem kiedy i jak to się stało, ale zostaliśmy w przedziale sami. Nasi towarzysze sennych podróży wysiedli gdzieś w ciemną noc, zostawiając nam przedział sypialny. Nie zastanawiając się dłużej nad ich zniknięciem, rozkładam się na całej kanapie i teleportuję prosto do Gdyni.

Dzień dobry Pomorze!


Kiedy otwieram zaklejone oczy i próbuję rozmasować zdrętwiały od leżenia w jednej pozycji kark, jest już całkiem jasno. Gdynia Główna majaczy za brudnym oknem. Do celu naszej podróży została godzinka, i mimo że mogłabym dalej spokojnie spać, chcę się napawać widokiem i atmosferą mojego ukochanego Pomorza – ilekroć bym tu nie była, obiecuję sobie, że kiedyś się tu przeprowadzę – do mojego małego raju. Krajobraz przesuwa się szybko i już po chwili zza zielonych konturów wyłania się Zatoka Pucka. Gwałtownie wzbiera we mnie radość małego dziecka – chyba wreszcie do mnie dotarło, że właśnie spełnia się moje kolejne, małe marzenie. Kamil przeciera zmęczone oczy – włączył mu się tryb strażnika naszego dobytku, więc całą noc jechał na standby’u. Bardzo mu współczuję, bo ja mimo przespania prawie całej podróży, czuję się zmięta jak stary fok sztormowy. Z tyłu głowy pojawiają mi się wątpliwości, czy damy radę iść dzisiaj cały dzień w takim stanie. Na szczęście dziecięca euforia szybko przegania ponure myśli i zaczynam rozważać, czy może przez te kilka dni nie dalibyśmy rady dojść jeszcze dalej niż do Władysławowa…

Tak, tak - dalej na wschód na Helu się już nie da ;)

Plecoawaria


Z tych iście filozoficznych rozważań wyrywa mnie tabliczka „Hel”, która zmaterializowała się za oknem. Bardzo sprawie zakładamy buty i plecaki – nie ma chwili do stracenia w tak piękny dzień. Po wyjściu z pociągu daje o sobie znać obolały kark, który teraz dodatkowo zmówił się z barkiem i w takim oto duecie przypominają o przespanej w jednej pozycji nocy. Z każdym krokiem ból, spotęgowany dodatkowo ciężarem plecaka, nasila się. Nagrywając filmik – korespondencję z początku naszej wyprawy, podchodzimy do wielkiej mapy półwyspu, na której obrazuję nasz spontaniczny plan. Kiedy tylko kamera zostaje wyłączona, mina mi kwaśnieje i cicho dzielę się swoimi wątpliwościami z Kamilem:
- Plecy mi się popsuły… nie wiem, czy zdołam iść z takim bólem.
- No to ładnie się zaczyna – widzę na jego twarzy zmartwienie i troskę. Za nic w świecie nie chciałabym zmieniać planów – wiem, że totalnie go zaraziłam wizją plażowego trekkingu i nie chcę go rozczarować. Muszę jakoś wytrzymać.

Poranny striptiz


Po przejściu kilkuset metrów ból staje się nie do zniesienia – stado oszalałych igiełek wbija mi się w kark i bark, promieniując do głowy i dołu pleców. Mam ochotę się rozpłakać, ale zamiast tego proponuje postój w piekarniotrucku. Zamawiamy drożdżówki na drogę, zdejmujemy plecaki i uczucie cudownej ulgi rozlewa mi się na bolipleckach. W tym momencie dostaję olśnienia! W ostatniej chwili przed wyjściem z domu, zgarnęłam z komody voltaren, tak w razie „W”, nie spodziewając się, że od wielkiego „W” zaczniemy naszą wędrówkę. Nadzieja wraca do mnie z impetem, łzy chowają się na swoje miejsce – do kanalików łzowych, a z twarzy szybko zmazuje się grymas cierpienia. Robotnicy, którzy niespiesznym krokiem idą do pracy z entuzjazmem przyglądają się mojemu striptizowi na ławce przy głównym deptaku. Kiedy jednak się okazuje, że pod bluzką mam pancernie zabudowany stanik sportowy, z nutą rozczarowania w spojrzeniu, przyśpieszają nieco kroku. Nie wiem, czy to cudowne działanie maści, czy mojej podświadomości, ale lek zaczyna działać od razu. Już po ok. 10 minutach od smarowania jestem w stanie iść z plecakiem bez myśli o dezercji.   

Przestały boleć plecy - są powody do skakania!
Fot. K. Preidl

Na boso czy nie na boso - oto jest pytanie

Hel o 7 rano w niczym nie przypomina letniego kurortu – wszystko jest szczelnie pozamykane, na ulicach nie ma żywej duszy nie licząc pań z piekarniotruck’a i wspomnianych robotników. Ba, nawet port wygląda na mocno zaspany. Humory rosną z każdym kolejnym krokiem – miejscowości turystyczne najbardziej lubimy w wydaniu bez turystów. Chcemy zacząć z samego koniuszka, więc zmierzamy do ostatniego wejścia na cyplu. Droga prowadzi wzdłuż powojskowych bunkrów i zabudowań. Piach robi się coraz miększy i zaczynamy dyskusję, czy iść w butach po piachu, czy może jednak skusić się na wędrówkę na boso brzegiem Bałtyku. Kamil sceptycznie podchodzi do moczenia stóp – nie chce zaprzyjaźniać się bliżej z ewentualnymi sinicami, które mogły jeszcze w wodzie pozostać, dlatego próbujemy szybko wygooglować aktualne mapy tych, bądź co bądź, nie proszonych gości, zanim zdecydujemy się na ostateczną formę wędrówki. 

W butach czy bez?
Fot. K. Preidl

Pogoda jest idealna – słońce jeszcze dość nieśmiało muska w policzki, delikatny wiaterek daje odpowiednią ochłodę, a pojedyncze baranki na niebie tylko dodają subtelności całokształtowi. Na plaży oprócz nas jest tylko poszukiwaczka skarbów, uzbrojona w wykrywacz metalu i rodzice z niesforną pociechą. Jest cudownie!

Chwila błogiego lenistwa przed drogą
Fot. K. Pawełczyk


Byle dalej na zachód

Mapy sinic dla Helu świecą radosną zielenią, a to oznacza, że możemy spokojnie zanurzyć stópki, choć chodzenie po piasku z plażowym nachyleniem i obciążeniem na plecach jest techniką absolutnie niezgodną ze sztuką, to pokusa jest tak wielka, że nawet nie wiem kiedy buty znalazły się w plecaku. A więc naprawdę ruszamy – ahoj przygodo!  

Katarzyna Pawełczyk

Gdzie poniosą nas nogi?
Fot. K. Pawełczyk

środa, 22 sierpnia 2018

Główny Szlak Plażowy - kierunek Hel

Piach pod stopami, błękitne niebo nad głową i szum morza w uszach - spełnienie marzeń!
Fot. K. Pawełczyk

Uwaga - odjazd


Dochodzi godzina 19:00. Punktualnie dojeżdżam do Katowic, gdzie czeka na mnie Kamil i początek niesamowitej przygody. Z lekkim niepokojem spoglądamy na tablice odjazdów na Dworcu Głównym, modląc się w duchu o punktualność składu zmierzającego prosto z Pragi. Moje doświadczenia z międzynarodówkami, a zwłaszcza tymi, którymi mam się dostać do Warszawy są… cóż tu dużo mówić nienajlepsze – jeszcze nigdy nie dojechałam do stolicy punktualnie. Wprawdzie zapas czasowy na przesiadkę mamy rozsądny, ale biorąc pod uwagę wybitne możliwości naszych najdroższych PKP wolę nie zapeszać. O dziwo po ok. dziesięciu minutach spędzonych na peronie w pełnej gotowości pada niewyraźny komunikat: „Pociąg ekspresowy relacji Praga – Warszawa Wschodnia wjedzie na tor 10 przy peronie IV”. PUNKTUALNIE!

Im dalej na północ, tym zimniej...


Nasz wagon, jak się potem okaże biegun zimna, znajduje się na końcu składu, więc mimo nieprzyzwoitego upału i ciężaru na plecach, od którego ciało zdążyło się kompletnie odzwyczaić, naszą wędrówkę zaczynamy od biegu. Pierwsze wrażenie po wejściu jest błogie – upragniony chłód otula każdy centymetr kwadratowy rozgrzanego ciała – nieśmiało w głowie pojawia mi się slogan reklamowy: „PKP zapowiada się dobra podróż”.  Jak bardzo błędny to jest slogan przekonuje się już po godzinie spędzonej w tej pędzącej jakieś 120 km/h Arktyce – mimo ubrania na siebie wszystkich ciepłych warstw, przewidzianych na tą wyprawę, dalej szczękam zębami z gracją paralityka. Mam wrażenie, że bardzo źle się spakowałam – jeśli takie będą noce pod namiotem, to może nawet śpiwór nie pomoże w osiągnięciu komfortu cieplnego…

Kiedy w środku lata musisz przyodziać najcieplejszą bluzę - zachowaj dobry humor!

Dobre, bo czeskie


Korzystając z uroków i zalet czeskiego pociągu, udajemy się do Warsu. Jakież jest nasze zdziwienie, kiedy okazuje się, że w pozostałych wagonach temperatura nie tylko nie powoduje odmrożeń ale wręcz jest przyjemna! Po przejściu czwartego korytarza wreszcie przestaje się trząść jak osika, choć kiedy docieramy do przytulnej składnicy czeskich trunków, mam ochotę zapytać, czy zaserwują mi grzane piwo – tak, tak – w środku upalnego lata…


Czeski pociąg, czeski film
Fot. K. Pawełczyk

Za oknem stolica


Po wzmocnieniu złocistym napojem zza południowej granicy Warszawa materializuje się w błyskawicznym tempie. Pięknie oświetlona, stolica szybko przesuwa się za oknem. Spojrzenie na most Świętokrzyski, potem kadr na Stadion Narodowy i pojawia się napis „Warszawa Wschodnia”. Z pociągu wychodzimy jak kosmici – szczelnie ubrani w grube bluzy, długie spodnie i pełne buty przy jakiś 26°C. Mimo wciąż solidnego chłodu na duszy, pierwsze kroki kierujemy do McDonalda po… lody. Ahh te nocne zachcianki ;)

Prosto na Hel


Pociąg na Hel, o dziwo, również przyjeżdża punktualnie. Patrzymy na siebie uśmiechniętym, ale porozumiewawczym spojrzeniem. W końcu idzie zbyt gładko jak na narodowego przewoźnika. Podejrzenia okazują się słuszne – trzeba przepiąć lokomotywę. Ze stolicy wyjeżdżamy więc z pół godzinnym opóźnieniem.  Teraz jednak bez stresu – nigdzie już nie musimy się przesiadać. Ba,  teraz już nigdzie nie musimy się spieszyć. Teraz zaczyna się nasz wymarzony urlop. Bez spiny, bez stresu, trochę bez sztywnego planu i prawie bez zegarków. Helu, nadjeżdżamy!

Katarzyna Pawełczyk

czwartek, 18 stycznia 2018

Do samego Aberdeen!



Wczorajsze steki były totalnym rozczarowaniem… Poprosiłam medium, a dostałam kawałek gumy, który po wbiciu weń widelca tryskał krwią jak w tanim horrorze. Z całego talerza najlepszy był groszek i pieczarki, których wspomnienie pozwala z nieco większym spokojem szorować pieczarki wyhodowane w kambuzie. Cała załoga na czele z kapitanem pochłonięta jest pucowaniem naszego małego świata, bo jutro z samego rana wyruszamy na lądowy podbój Szkocji, a kolejna załoga popłynie dalej. Tylko Tomek przechadza się z miejsca na miejsce niczym perfekcyjna pani jachtu i robi test białej rękawiczki na każdej szorowanej powierzchni, a uśmiech satysfakcji wręcz w nienaturalny sposób wykrzywia mu twarz. Nasz bosman odbiera swoja zemstę niezwykle pieczołowicie – szkoda, że podczas rejsu nie wykazywał takiego entuzjazmu do naprawiania tych wszystkich nieszczęsnych usterek. Kiedy już absolutnie nie ma się do czego przyczepić, pozwala nam jechać do Aberdeen po samochody. Monika z Alą jadą autobusem, ja z Gosią wybieramy stopa rozochocone przygodami z Fair Isle, podobnie jak Michał z Zuzą, tyle że oni ruszą nieco później. Żwawym krokiem wychodzimy na wylotówkę z miasta, upewniając się jeszcze, czy stoimy po właściwej stronie drogi – kiedy ja się wreszcie przyzwyczaję do  angielskiego ruchu drogowego?! Samochody mijają nas bez cienia zainteresowania, jeden za drugim – jak po sznurku. Idziemy kawałek dalej. To samo. Zero reakcji. W końcu jakiś kierowca zatrąbił, mijając nas z prędkością zdecydowanie niedozwoloną.
- Baran – szepnęłam. Gosia uśmiechnęła się nie tracąc ani pół procenta ze swojego optymizmu.
- Zaraz się ktoś zatrzyma, zobaczysz Kasiula!
Stopem, nie inaczej!
K. Pawełczyk

I wtedy ów baran zaczął trąbić, zatrzymując się po drugiej stronie szosy i machając ręką w zapraszającym geście. Zdziwione i szczęśliwe przebiegamy na drugą stronę.
- Też jadę do Aberdeen. Wsiadajcie!
W myślach odszczekuje barana i uśmiecham się z wdzięcznością. Nie dość, że nasz kierowca zawrócił po nas, to jeszcze oferuję podwózkę w dowolne miejsce w mieście! Ustalamy co i jak i zaczyna się zabawa – Szkot, który 20 lat spędził w Australii ma akcent tak wyjątkowy, niezrozumiały i podobny do niczego, że rozmowa bardziej przypomina monodram komediowy z niewielkim udziałem publiczności niż przyzwoitą konwersację. Mimo to podróż minęła w bardzo przyjemnej atmosferze i oto przed nami ukazało się Aberdeen w całym swym dostojeństwie. 

Pomnik Roberta I Bruce, króla Szkocji (Braveheart)
K. Pawełczyk
Szkockie miasta mają w obie to coś, co sprawia, że za każdym razem jestem lekko onieśmielona. Ruszamy w kierunku kampusu uniwersyteckiego, co chwilę robiąc po drodze przystanki na zdjęcia. Wyjątkowości całej sytuacji dodaje fakt, że jest w miarę ciepłe, jesienne popołudnie i nie pada!
Marischal College
K. Pawełczyk

Drzewa wzdłuż wąskiej ulicy mienią się najpiękniejszymi barwami października, studenci nieśpiesznie idą w kierunku uczelni, a maleńkie domki sprawiają, że człowiek czuje się jak w filmie o dawnych czasach. 
Jesienne Aberdeen
K. Pawełczyk

Po kilku dobrych kilometrach wreszcie docieramy na miejsce – University of Aberdeen! A więc to tu miałam studiować… Stare majestatyczne gmachy wyłaniają się jeden za drugim – jest niezwykle klimatycznie. Błądzimy w ich gąszczu uzbrojone w aparaty i zachwyt. 
Uniwersytet
K. Pawełczyk

Czyż nie jest pięknie?
K. Pawełczyk
Wreszcie trafiamy na boisko, gdzie trwają rozgrywki w lacrosse i rugby – cztery drużyny walczą zaciekle przy dopingu kolegów i koleżanek. Jako, że są to nieco egzotyczne sporty w Polsce (a przynajmniej dla nas), dosiadamy się i również obserwujemy, choć bez wydawania okrzyków wsparcia. Chmury zaczynają przysłaniać słońce i szybko robi się zimno. Naprzeciw naszej potrzebie ogrzania wychodzi akademicka biblioteka. I nie, nie jest to jeden z tych pięknych, starych i nieziemsko klimatycznych budynków… jedyny na całym kampusie budynek w 100% zbudowany z metalu i szkła. Cóż, kiedy ciarki zaczynają niemiło harcować na całym ciele, człowiek nie wybrzydza – decydujemy się na kawę właśnie tam. 
Biblioteka
K. Pawełczyk

Podczas gdy komfort termiczny wraca na właściwy poziom, robi się ciemno – czas w dniu dzisiejszym, nie licząc sprzątania jachtu, wykonał wręcz niemożliwy sprint, a tu trzeba jeszcze dostać się na lotnisko i wynająć samochód na dalsze szkockie wojaże. 

Chcąc nie chcąc, wracamy do centrum.
Katarzyna Pawełczyk

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Pod prąd Szkocji



Po wczorajszym słońcu i sielance nie pozostał nawet ślad. Poranek wita nas grubą zasłoną ołowianych chmur i zdecydowanie silniejszym wiatrem z kierunku – wiadomego. Od Peterhead dzieli nas już tylko kilka godzin, w zasadzie niewiele różniących się od większości, jakie spędziliśmy na pokładzie podczas tego rejsu – z tą tylko różnicą, że tym razem towarzyszy nam ląd. Do prawej burty przykleiła się wyczekiwana Szkocja. Podpokładowe rozmowy zdominowane są przez coraz wyraźniej rysujące się plany i marzenia na najbliższe dni na lądzie. Na liście „must” znalazły się Aberdeen, Loch Ness i most, przez który Harry Potter przejeżdżał Hogwart Expressem w drodze do szkoły. Ach, no i oczywiście steki. Steki w rankingu poszybowały na pierwsze miejsce – kwestia kolacji na dzisiejszy wieczór została zatem rozwiązana.
Przemysłowa zabudowa docelowego portu rysuje się już dość wyraźnie na horyzoncie. Na tle szarego nieba i czarnego jak atrament morza wygląda dość przytłaczająco i mało gościnnie. I kiedy cała załoga niemal zaczyna przygotowywać się do cumowania, kształty na lądzie przestają przybierać na rozmiarze tak szybko jak jeszcze przed chwilą. Czyżby… - z tyłu głowy obija mi się tylko jedno wyrażenie, które z całych sił próbuję wyprzeć z myśli jak niechcianego gościa. Cholerny prąd. Jeśli nie zdążymy wpłynąć do portu, zanim odpływ osiągnie maksymalne prędkości, to najzwyczajniej w świecie zaczniemy się cofać. Teraz, kiedy cel ostatnich kilku tygodni jest na wyciągnięcie dłoni, a zmęczenie i radość, podsycane dodatkowo wizją steka w lokalnej knajpce, tworzą mieszankę silnie wybuchową, staramy się zaklinać napierającą na nas morską rzekę i nie dokonać w międzyczasie egzekucji na bosmanie-nawigatorze, skrupulatnie studiującym kilkanaście godzin wcześniej tabelki pływowe. Prędkość spada, ale wciąż mozolnie przemy do przodu. Na pokładzie da się wyczuć rosnącą atmosferę oczekiwania i delikatnego napięcia. Nawet już wiatr nieco odpuścił, odejmując swoje trzy grosze z tego przedstawienia. Nagle dociera do mnie, że to byłby szczyt ironii losu, gdyby na ostatniej prostej zatrzymał nas nie wiatr wiejący przez ostatnie tygodnie prosto w dziób, a morze – udowadniając, że miejsce żeglarza jest na wodzie, a nie w porcie i nie ma on za wiele do gadania w tej kwestii – przeznaczenia nie oszukasz. Zaczynam się śmiać. Głośno. Wszyscy na mnie patrzą trochę ze zdziwieniem, a trochę z wyrzutem, że przerywam napięcie podniosłej sytuacji. Szybko tłumaczę, że jedyne co teraz możemy zrobić, to śmiać się z ironii i własnych niedopatrzeń. A odpływ? Odpływ z kolei śmiać się z nas przestanie i kiedyś odpuści. Delikatne grymasy uśmiechu pojawiają się na twarzach dzielnej załogi. Onieśmielone tym masy słonej wody wpuszczają nas do mariny, a na pokładzie napięcie zostało wyparte przez ulgę. Udało się! Możemy ruszać na steki :)
Peterhead
K. Pawełczyk
  
Ze ścieżki, którą idziemy do miasta roztacza się piękny widok na port i marinę. Nucę szantę „Zabierz nas na ląd”, podświadomie nie wierząc, że wreszcie tu dotarliśmy, że to koniec rejsu. Patrzę przez chwilę na Peterhead i na marinę – niby wszystko wygląda jak kiedyś, ale wiem, że od ostatniego razu coś się tu zmieniło. I we mnie też się coś zmieniło.
- Kasia, idziesz?
Ruszam dalej. Szkocja nie może czekać.
Katarzyna Pawełczyk

czwartek, 21 grudnia 2017

Ku źródłom żeglarskiego szaleństwa



10.2017 r.

Zakładam niespiesznie sztormiak na o połowę mniejszą ilość warstw ubrań niż na początku rejsu, co dobitnie świadczy o zbliżającym się porcie przeznaczenia. Zuza drobnym druczkiem zapisuje notatki do dziennika pokładowego, Michał sprawdza raz jeszcze pływy, a Monika rozkoszuje się ostatnimi chwilami dobrego zasięgu. Zaraz ruszamy do Szkocji. 
Obowiązki, obowiązki
K. Pawełczyk

Późne popołudnie ma zapach jesieni. Łąki szczelnie pokrywające horyzont mienią się ciepłymi barwami października. Moje myśli zataczają szerokie kręgi – od Islandii, przez wszystkie archipelagi, jakie dane nam było odwiedzić podczas tego rejsu, przez obowiązki zawodowe coraz śmielej przypominające o swoim istnieniu, aż po zbliżającą się kolejną wielką podróż – podróż do Peru. Morza z wiatrem zawsze w dziób chwilowo mam serdecznie dość, ale z drugiej strony wcale nie chce wracać do domu i kończyć tej niezwykłej przygody.
- Wszyscy gotowi? – moje wędrówki w głębokie zakamarki głowy przerywa Michał odpalający silnik.
Wachta II
M. Sokołowicz

Przygotowanie manewru odejścia od kei mamy opanowane niemalże do perfekcji – załoga jest zgrana w każdym calu. Kapitan spokojnie kieruje nasze kilka metrów kwadratowych w główki portu. Przesuwający się krajobraz jest zupełnie inny niż dotychczas – zamiast wysokich, stromych klifów i ostrych skał, mijamy zupełnie płaską przestrzeń upstrzoną od czasu do czasu niską zabudową, latarniami i zameczkami, które są tutaj tak powszechne jak kopalniane szyby na Śląsku. 

Ostatnie spojrzenie na Orkady
K. Pawełczyk
Wachta druga, zwarta i gotowa, melduje się na deku. Jakoś mi nieswojo, że zamiast sztormiaka mam na sobie tylko puchówkę, ale po raz pierwszy od miesiąca jest mi ciepło! Radość czai się na każdym centymetrze kwadratowym pokładu, a  do tego szykuje się naprawdę boski zachód słońca. Delikatne obłoczki przyozdabiają różowiejące niebo, które raczy nas nieziemskim spektaklem barw. 
Spektakl
K. Pawełczyk

Słońce ustawiło się na pozycji do zanurzenia się w horyzoncie. Jednym susem schodzę po aparat – nie uwiecznić czegoś takiego, byłoby strasznym grzechem. Przez chwilę prawie cała załoga, uzbrojona w aparaty różnej kategorii, towarzyszy nam na pokładzie. Jest na tyle ciepło, że Tomek przez prawie czterdzieści minut siedzi w t-shirtcie… 

Dobranoc
K. Pawełczyk
Po zachodzie słońca daje się odczuć nieprzyjemne podmuchy zimnego wiatru, a niebo nieśpiesznie lecz konsekwentnie zasnuwa się kołdrą ciężkich, szarych chmur. Silnik ciężko walcząc z zabłąkanymi prądami niesie nas na południe – do Peterhead. Ciekawe czy coś się tam zmieniło. Kilka lat temu czekałam tam na okno pogodowe między sztormami, żeby przepłynąć do Bergen. Pierwszy raz w roli bosmana, zgrabiałymi palcami od zimna i deszczu szyłam potarganą genuę, słuchając odgłosów dobrej imprezy, dobiegających spod pokładu. Poczucie obowiązku, silnej odpowiedzialności i dumy z powierzonych mi zadań sprawiały, że nie żałowałam ani jednej minuty spędzonej na deku. Pierwszy raz w roli oficera, pierwszy raz na Morzu Północnym, pierwszy raz długie godziny na nocnych wachtach sama na pokładzie,  pierwszy raz w tak ciężkich warunkach. Pierwszej nocy byłam przerażona, a w głowie tłukło się tylko jedno pytanie – po co mi to było? Kiedy jednak po tej nocy wstał dzień – równie zimny, mokry i nieprzyjazny jak poprzedni, a po nim nastała równie zimna, mokra i nieprzyjazna noc jak  poprzednia, a ja musiałam znowu wyjść sama na długą wachtę, nagle poczułam, że jestem w dokładnie tym miejscu w jakim być powinnam, że robię dokładnie to, co robić powinnam i że to co robię kocham najbardziej na świecie. I to właśnie tu – gdzieś między Peterhead i Bergen, nieprzejednane fale Morza Północnego ugruntowały moją wielką, morską miłość do tego stopnia, że potem nie przepuściłam ani jednej okazji, żeby żeglować, a w ostatnim roku nie było w zasadzie miesiąca bym na morzu nie była. Właśnie dlatego tak bardzo cieszę się na spotkanie z tym portem i niemal namacalnymi wspomnieniami sprzed kilku lat. Wracam do źródeł mojego żeglarskiego szaleństwa.   
Katarzyna Pawełczyk