czwartek, 17 września 2015

Wyprawowy shopping



Planowanie śniadań, obiadów i kolacji na pierwszy tydzień rejsu poszedł zaskakująco szybko, schody zaczęły się w drugim tygodniu – jedzenie w kółko tego samego nawet najwytrwalszych może złamać! Z pomocą przyszedł Andrzej. W pięć minut zarzucił pomysłami, które starczyłyby nawet na kolejne 3 tygodnie. W dodatku dania były proste i smakowicie brzmiące i co najważniejsze różnorodne. Do teamu zaopatrzeniowego został włączony mężczyzna – egzamin zdany na 5+. Od jedynego marketu na wyspie dzieliły nas jakieś 2 kilometry, co w przypadku TAKICH zakupów oznaczało, że bez taksówki i męskiej obstawy się nie obejdziemy. Ruszyliśmy w 5cio osobowym składzie damsko – męskim i jak się potem okazało, każdy miał co robić podczas zakupów. 

Kompletowanie 4 koszyków zajęło nam nieco ponad 2 godziny, a w trakcie do sklepu zawitał nasz zagubiony załogant – udało mu się dotrzeć na Spitsbergen, w krótkim rękawku wprawdzie, ale przecież w obliczu całej historii zagubiony bagaż to pikuś. Kolejny sympatyczny polski akcent spotkał nas przy kasach. Kiedy zastanawialiśmy się jak to wszystko przetransportować do mariny, podeszła do nas drobna blondynka o szerokim i szczerym uśmiechu – Ania, która mieszka z mężem w Longyearbyen i robi doktorat na tutejszym uniwersytecie. Od razu zaproponowała, że przewiezie nasze zakupy i pomogła wybrać knajpę na wieczór.

Jedzenie wylądowało w każdej wolnej przestrzeni jachtowej: w bakistach wewnętrznych i zewnętrznych, jaskółkach, lodówkach, zakamarkach kambuzowych, a nawet pod koją Adama, która jak się potem okazało skrywała najbardziej rozchwytywane produkty, czytaj śledzie, dżemy, makrele i czekolady. 
Katarzyna Pawełczyk
Śniadanie mistrzów!
K. Pawełczyk

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza