niedziela, 18 października 2015

Odkrywcy niedźwiedzich łapek



W pełnym słońcu dopływamy do Amsterdamu. Urocza i dość spora zatoczka ukryta między górami. Pada propozycja zejścia na ląd. 

Ląd po wielu godzinach rejsu...
M. Byrska

Arktyka zapiera dech!
M. Byrska
Zgłasza się prawie cała załoga, więc Misiek który został operatorem pontonu, musiał obrócić dwa razy z żądnymi przygód zdobywcami. Odległość nie była zbyt duża, więc po chwili mogliśmy ruszyć na eksplorację tej arktycznej, dziewiczej krainy.
Niezawodny środek transportu ;)
M. Byrska

Krajobraz choć bardzo surowy wyglądał naprawdę majestatycznie i po prostu pięknie. Ostre skały, gdzieniegdzie pokryte mchem i każdym rodzajem porostów, masa kamyczków o najróżniejszych kolorach i kształtach oraz mikroskopijnych rozmiarów kwiatuszki zderzone były ośnieżonymi szczytami po drugiej stronie zatoki. Po środku wypłaszczenia, które dzięki dużej ilości mchu wyglądało jak łąka, znajdowało się maleńkie jeziorko obsadzone dookoła ptakami. Całość wygląda niesamowicie!
Bez broni na ląd ani rusz!
M. Byrska

Dochodzimy do plaży przy otwartym morzu, myjemy gumiaki i decydujemy się wracać na jacht. Tylko Marcin, Adaś i Krzysiek decydują się zdobyć jedną z gór. Nie trwa to jednak za długo – zaraz po rozdzieleniu się znajdują świeże ślady misia, więc trzeba po nich wracać. Szczytu wprawdzie nie zdobyli ale zrobili rewelacyjne zdjęcia. Gdyby ktoś pytał jak oszukać perspektywę, to polecam korepetycje u Panów wymienionych powyżej.

Dzielna ekipa zdobywców :)
Wachty kotwiczne załoga wzięła sobie do serca i zamiast dwóch osób, tej nocy siedziało siedem. Pełni gotowości do mobilizacji w razie „w” pijemy po kieliszku rumu dla rozgrzewki. Cóż tu dużo mówić – Kapitan Morgan szybko przyłączył się do wachty i pełnił służbę do samego rana.
Bo słońce latem nie zachodzi...
M. Byrska

Do koi kładę się koło 0700 a gdy budzę się na śniadanie, okazuje się że muszę szybko biec do kambuza gotować obiad, bo dochodzi 1400! Wachty kotwiczne do łatwych zdecydowanie nie należą… ;)

Katarzyna Pawełczyk

niedziela, 4 października 2015

Na północ, dalej na północ



Godzina 1800 -  wreszcie wypływamy!     Dzień czy noc, to bez znaczenia – obie pory wyglądają identycznie. Kierujemy się na północ do Amsterdamoya i Virgohamny. Będą to najdalej na północ wysunięte miejsca, do jakich dotrzemy (79° 40' N 10° 30' E). Płyniemy bezpośrednio, bo jak to Marcin stwierdził „dobrze nam zrobią dwa dni w morzu”. Wiatru zdecydowanie brakuje, a wachty silnikowe mijają wolno. Pogoda robi się deszczowa  i mglista. W zasadzie poza dziobem jachtu niewiele widać. 
 
Budzę się na poranną wachtę. Poubierani grubo i zmarznięci ludzie na deku nie napawają optymizmem. Robimy śniadanie – dziś jajecznica. Na walkę z mgłą niezbędne jest dobre przygotowanie kaloryczne. Kiedy jednak wychodzimy na wachtę mgła opada z sił i zza jej resztek wychodzi słońce i pięknie ośnieżone szczyty gór.
Mgły opadają...
M. Byrska

 Nasi poprzednicy podobno widzieli wieloryba – nam pozostają foczki bawiące się w oddali. Widoki zapierają dech w piersiach, a cała załoga zapomina o ciepłych kojach i wychodzi na pokład robić zdjęcia i kręcić filmy.

Resztki mgły, ciepła herbatka i podziwianie widoków - bosko! :)
M. Byrska
Pada propozycja wciągnięcia Adasia na maszt i zrobienia kilku ujęć z góry. Nie muszę chyba pisać, że wszyscy reagujemy niezwykle ochoczo. Po chwili, Adaś w pełnym rynsztunku, uzbrojony w aparat i GoPro melduje się na pokładzie, gotowy do podniebnych wojaży. Zaraz za nim wyskakuje Marcin z ławeczką bosmańską. Zanim jednak Adaś pofrunie do góry, na maszt zostaje wciągnięta kamerka w różnych kombinacjach. W końcu jedzie nasz reporter – mimo lekkiego stresu uśmiech nie schodzi z jego twarzy. Gdy dojechał do końca, wyciąga niepewnym ruchem aparat i zaczyna organizować plan  filmowy. Nie trzeba było długo czekać – kapitan postanawia, dla urozmaicenia akcji, postawić żagle. 
Fruuu na górę!
M. Byrska

Zaszczyt sterowania w tej doniosłej chwili (pierwsze stawianie wszystkich żagli na rejsie) przypada mnie. Ostrze do wiatru, każda para rąk na pokładzie znajduje swoją linę do obsługi – luzuj! Wybieraj! Majestatyczne żagle w pełnej okazałości ozdabiają jacht. Ja z kolei odczuwam przypływ endorfin – nareszcie łódka jest napędzana jedynym właściwym sposobem. Silnik milknie, a my z nieskrywaną radością halsujemy się na północ. A więc zwrot i jeszcze jeden. Adaś przyklejony do masztu dzielnie uchwycą wszystko czujnym okiem kamery. Materiał będzie pierwsza klasa!
Zmarznięty filmowiec zjeżdża na dół:
- Ale fajnie było! – uśmiech sięga prawie do ósemek.
Uśmiechnięci - wreszcie słońce!
 Katarzyna Pawełczyk

czwartek, 1 października 2015

Rozrywki bosmańskie



Czyszczenie burt poprzedniej nocy tak rozochociło naszego kapitana, że na pół następnego dnia przygotował załodze kolejne bosmańskie rozrywki. Zanim jednak nauczyliśmy się robić profesjonalne opaski na linach, zaliczyliśmy kolejne odwiedziny w svalbardzkim markecie. Tym razem na tapecie zakupowej znalazły się szarlotkowe składniki. Biorąc pod uwagę już prawie roczną tradycje szarlotek rejsowych i tym razem nie mogło ich zabraknąć! Odgadywanie czy pojemniczek z dziwnym napisem i rysunkiem ciasta to proszek do pieczenia czy inny specyfik zajmuje trochę czasu. Jak się zresztą później okaże nie wszystkie składniki udało się dobrze rozszyfrować i trzeba będzie podjąć akcje ratunkową ciasta. 
W każdym sklepie czeka miś...
M. Byrska

Zadowoleni z siebie rozsiadamy się w mesie. Błogość nie trwa jednak za długo – po chwili wpadają do środka pierwsze krawaty do naprawienia. Jako, że cześć z nas będzie po raz pierwszy reanimowała liny, Marcin udziela nam szybkiego instruktażu. W zasadzie sprawa jest banalnie prosta: pętelka, kilka zakrętasów wokół liny, węzełek, zaciągnięcie i już, gotowe. Do bosmańskiego cv dołącza kolejna, po szyciu żagli, pozycja. Gdyby nie konieczność wytatuowania czegoś brzydkiego na przedramieniu, zmieniłabym zawód jak nic!

Katarzyna Pawełczyk

środa, 23 września 2015

Raz, dwa, trzy – pływasz Ty



Kąpiel w Morzu Grenlandzkim? Brzmi strasznie? Brzmi jak wyzwanie! Po kolacji z wielorybem pada propozycja: kto chce popływać? Nie zastanawiając się za wiele, ręce moje i Marty wystrzeliwują w górę w geście zgłoszenia gotowości do pluskania. Chwilę później ubieramy się w strój do pływania, a że jakie morze takie bikini, tym razem nie będą to skąpe skrawki materiału zakrywające jedynie miejsca powszechnie uważane za intymne, a… ratunkowe kombinezony wypornościowe. Pełen profesjonalizm, a co! Wprawdzie na początku nieco sceptycznie podeszłyśmy do kwestii utrzymania w nich ciepła i wodoszczelności, ale w końcu nie codziennie ma się okazje zanurzyć w arktycznych wodach, przy czym słowo „zanurzyć” jest mocno przesadzone. 
Zwarte i gotowe do kąpieli ;)

 
Wszelkie normy czasu na ubranie kombinezonu pobijamy na głowę, ba – gdyby nie chłopaki trwałoby to jeszcze dłużej. Tak więc z nie małą pomocą zakładamy pomarańczowe wdzianka i w pierwszej kolejności wskakujemy, z gracją hipopotama, do kajaka. Kajakowanie jednak nie trwa za długo, bo pokusa wskoczenia do niemal błękitnej wody o temperaturze +/- 2 stopni jest ogromna! 
Lewa, prawa, lewa, prawa...

Sigma i Pi stają na rufie, by ostrożnie i z lekką niepewnością zejść po drabince do lodowatej wody. Marta unosi się już na wodzie z uśmiechem pięciolatka obdarowanego dużą porcją słodyczy, czas na mnie. Pierwszy schodek pokonuje spokojnie, po czym rzucam się na plecy z jeszcze większym bananem na twarzy. Królowe arktycznych wód unoszą się na wodzie raczej niezgrabnie, ale za to z jaką radością! Nadmienię tylko, że harce odbywają się o 2 w nocy, co biorąc pod uwagę dzień polarny z jego wszelkimi zaletami, wcale nam nie przeszkadza. 
Tyyyyyle radości!

W tym samym czasie Marcin postanawia skorzystać z kombinezonowej okazji i porządnie wyczyścić burty swego ukochanego jachtu. Wyobraźcie sobie człowieka w pomarańczowym wdzianku ratowniczym, stojącego na pontonie z wiertarką w jednej i pastą do czyszczenia w drugiej ręce – tajemnica pseudonimu „człowiek z wiertarką” została definitywnie wyjaśniona. Kiedy burty są dostatecznie wypieszczone w oczach dzielnego kapitana pojawia się kolejny błysk – z pełnym rozmachem wskakuje do wody, chwila zanurzenia i akrobatyczny wyskok spowodowany powietrzem, które nie zezwala na pozycje inną niż spokojne dryfowanie na powierzchni. Na wodne harce decydują się również Misiek i Adaś. Wszyscy zostajemy gwiazdami zdjęć japońskich turystów i główną atrakcją portu tej nocy. Takie niewinne kombinezony, a tyle szczęścia. W razie okazji nie zastanawiajcie się, próbujcie – wrażenia niezapomniane!
Ku niezachodzącemu słońcu...
 Katarzyna Pawełczyk

niedziela, 20 września 2015

Bliskie spotkania z wielorybem



Z opowieści poprzednich załóg wynikało, że czeka nas mnóstwo bliskich spotkań z zimnolubnymi zwierzakami – niedźwiedzie polarne lisy, foki, morsy, wieloryby – cała gama. W zasadzie już na początku rejsu postanowiliśmy zaaranżować pierwsze randez- vous. Krótka wizyta w popularnej knajpie i mamy zarezerwowany stolik na wieczór. Punktualnie stawiamy się w Kroa, a kelner wskazuje nam przytulne miejsce w rogu komercyjnie przystrojonej sali. Catch of the day – wieloryb w sosie z czerwonego wina ze szparagami, czerwoną cebulką i pieczonym ziemniakiem, brzmi dobrze. Załoga dzieli się na tych co skusili się na romans z wielorybem oraz na tych, którzy stawiają na sprawdzone połączenia – steki, oczywiście średnio wysmażone. 
Pan wieloryb we własnej osobie!
K. Pawełczyk

Danie dnia okazało się strzałem w dziesiątkę! Kruche, ale soczyste czarne mięso ze wszystkimi dodatkami komponuje się wspaniale, a Kapitan ogłasza, że jest to najlepszy wieloryb jakiego do tej pory jadł ( a jadł ich sporo). Chłopaki z nad steków patrzą nieco zazdrosnym wzrokiem, ale uparcie twierdzą, że nie wyboru nie żałują.
Jak się później okazuje, to spotkanie z wielorybem było najbliższe i jedyne potwierdzone, chociaż niektórzy twierdzą, że widzieli na wachcie jakąś płetwę czy grzbiet, które z całą pewnością należały do wielorybów. Niech tak będzie ;)
Katarzyna Pawełczyk