poniedziałek, 9 listopada 2015

Naukowcy, bieługi i renifery



Do Calypso dopływamy wieczorem. W zatoce oprócz nas kotwiczy również Jurek Kosz i jego S/Y Eltanin. Zgłaszamy na radiu swoje przybycie i pytamy o możliwość odwiedzin. Niestety dostajemy odpowiedź odmowną – dziś wymiana naukowców i straszne zamieszanie w stacji. Po chwili jednak radio odzywa się z zaproszeniem na śniadanie, z którego chętnie korzystamy następnego dnia. Na śniadanie zabieramy ze sobą świeże jaja i jajecznicę liofilizowaną oraz świeże ogórki, na co nasi gospodarze patrzą z entuzjazmem – produkty tego typu cieszą się tu wielkim uznaniem i należą niestety do rzadkich rarytasów. Jajecznica robiona przez nas jest świetna, co do liofilizowanej natomiast pojawiają się wątpliwości, czy ona kiedykolwiek stała chociaż obok jajek. Mimo to talerze są omiecione do czysta – w końcu tu nie gardzi się jedzeniem, czego i my już zdążyliśmy się nauczyć, mimo sporych zapasów. W trakcie śniadania nadpływają bieługi, które szybko stają się atrakcją większą niż śniadanie i gromadzą na chłodnej plaży kilka osób z aparatami. Stoimy dobrych dwadzieścia minut wpatrzeni w te sympatyczne zwierzęta. W środku natomiast czeka na nas reszta młodych naukowców z pokazem slajdów i opowieściami z pierwszej ręki o życiu w stacji, badaniach i zwierzętach. 
Kapitan robi pamiątkowy wpis do księgi gości
M. Byrska

Po śniadaniu dzielimy się na tych wracających na jacht i tych, którzy będą uskuteczniać spacery po tundrze w poszukiwaniu reniferów, których podobno jest tu całkiem sporo. Standardowo opcje spaceru wybieramy my z Martą, Marcin (kpt), Adaś i Krzysiek. Nie minął nawet kwadrans, kiedy Adaś w delikatnej mgle zauważa coś w kolorze tundry, z rogami, przeżuwające tutejszą trawę. Tak to renifer! Podchodzimy bliżej, stając w bezruchu za każdym razem kiedy nowy rogaty przyjaciel zwraca łeb w naszą stronę. Trochę jak w zabawie z podstawówki baba jaga patrzy. W końcu udaje nam się podejść na jakieś 5 metrów. National Geografic na żywo – jesteśmy zachwyceni i zupełnie nam nie przeszkadza padający deszcz i przenikliwy wiatr. Idziemy tak oszołomieni za reniferem, póki ktoś nie zauważa, że zwierzak wyprowadza nas daleko w głąb lądu i trzeba wracać.
Czerwononosy. Rudolf Czerwononosy.
M. Byrska

Kolejny cel? Zatoka u wejścia Kelenfjorden, gdzie jak czytamy w locji można obejrzeć stare rybackie łodzie i kości wielorybów. Oprócz piątki zapalonych spacerowiczów, załoga z umiarkowanym entuzjazmem słucha planu na najbliższe godziny. Wygląda na to, że znów będą mieli trochę wolnego. Do zatoki płyniemy niecałą godzinę. Wiatr jest silny i co chwile dostajemy porcję arktycznego deszczu. Pogoda nas nie rozpieszcza.

Świadkowie przeszłości...
M. Byrska
Desant zapowiada się w równie ciekawych warunkach jak w Virgohamnie. Mocno wieje, więc załoga dostaje dokładne instrukcje na wypadki wszelkie, a my szykujemy się do drogi. Na plażę udaje się dotrzeć bez większych problemów – nawet gumiaki tym razem pozostają suche. Przed nami kawał drogi, więc szybko uwijamy się z pontonem. No dobra, nie tak szybko, bo Adaś, Marcin i Krzysztof zaliczyli jeszcze mały konkurs rzucania kotwicą na wzniesienie, po którym koniec końców trzeba było wdrapać się na górę i porządnie kotwice wbić. Ruszamy wzdłuż plaży do traperskiej chaty. Drzwi są zabezpieczone deskami – tak aby niedźwiedzie nie dostały się do środka. Ku naszemu rozczarowaniu zabezpieczone są również zamkiem w drzwiach, którego nie mamy zamiaru rozmontowywać. Na pocieszenie pozostaje otwarty wychodek w skandynawskim stylu. Cóż, należy się cieszyć z tego co się ma ;) Mimo nie spacerowych warunków, dobre nastroje nas nie opuszczają – dla takich widoków warto trochę pomarznąć. 
Ależ tu jest pięknie!
M Byrska

Majestatyczne góry wyglądają jakby ktoś je wyrzeźbił, a tundra przybrała wszelkie odcienie zieleni, czerwieni, brązów i żółci. Jest bajkowo, tajemniczo, przepięknie. Dywagujemy jakim wspaniałym planem filmowym byłby ten krajobraz. A wszelkie wątki naszych rozmów kończą się sakramentalnym „ależ tu jest pięknie!”. W zatoce, do której zmierzamy stoi łódka, jednak na lądzie nie widać żywej duszy.
- Patrzcie! – Marcin z nieskrywaną satysfakcją pokazuje nam pierwsze odnalezione kości. Wyglądają na kręgi i z całą pewnością należały niegdyś do wieloryba, o czym świadczy niebagatelny rozmiar. Zaraz potem odnajdujemy inne fragmenty zwierzęcia.
Po długiej wędrówce schodzimy za klif na lunch. Osłonięci od wiatru wyciągamy z plecaka pieczywo chrupkie i butelkę wody. Na deser szef kuchni (czyt. Marta, w której plecaku były wszystkie dobroci) poleca czekoladę mleczną. Konsumujemy szybko i w milczeniu. Było pysznie!
W drodze powrotnej spotykamy… kolejnego renifera. Rzeczywiście jest tu ich sporo. Podobnie jak pierwszy, ten też w ogóle nie zwraca na nas uwagi, konsumując źdźbła rzadkiej trawy. Najwyraźniej nie tylko my mieliśmy przerwę obiadową. Kolejna porcja zdjęć i możemy wracać. Idąc nieco inną trasą, zauważam wieloryba! Kształt klifu, którym idziemy ma kształt ogona, co potwierdzają moi współtowarzysze. Ufff, byłoby głupio wyjechać stąd bez widoku wieloryba – zaliczone!
Szczątki foki.
M. Byrska

Do łodzi podpływamy naszą wodną limuzyną, gdyż zmęczenie daje się we znaki, a i pieczywo chrupkie zostało strawione. Dokładnie oglądamy stare łodzie, po czym wdrapujemy się na kolejny klif, z którego widok po prostu zapiera dech w piersiach – fale, które nachodzą na siebie z czterech stron świata, po zderzeniu spiętrzają się ponownie i groźnie rozbijają o klif. Natura pokazuje swoją siłę, majestat, potęgę i magie zarazem. Jesteśmy urzeczeni po raz kolejny. Warto było zejść tu na ląd, przejść kawał drogi w jedną i drugą stronę i zobaczyć to wszystko, o czym trudno pisać, a co na pewno na zawsze pozostanie w naszych wspomnieniach.

Katarzyna Pawełczyk

piątek, 6 listopada 2015

180 na południe

Kolejnym przystankiem na naszej trasie jest Toruńska Stacja Badawcza, która w tym roku obchodzi 40 lecie swojej działalności. Z tej okazji postanawiamy upiec szarlotkę na cześć naszych gospodarzy. Jak zwykle przy akcji o kryptonimie "szarlotka" uwija się cała załoga. Zapachy dochodzące z kambuza przyprawiają o kulinarny zawrót głowy, tym bardziej, że póki nie podarujemy polarnikom wypieku, możemy jedynie pomarzyć o degustacji.
Z serii "znajdź na zdjęciu lisa"
M. Byrska
Zbieramy się do zejścia na ląd. Ponton gotowy, szarlotka zabezpieczona, załoga zebrana w kokpicie. Dwa szybkie przeloty i wszyscy zainteresowani lodowcami mają już stały grunt pod nogami. Na brzegu wita nas wesoła grupa naukowców i filmowców - trafiliśmy akurat na ekipę, która kręci film z okazji jubileuszu stacji w Kaffioyra. 
Szarlotka zostaje przyjęta z nieskrywaną radością i niemałym zaskoczeniem.
- To może zjemy ją pod lodowcem? - pada propozycja nie do odrzucenia.
Foki zgrabnie pozowały do zdjęć
M. Byrska
Po drodze spotykamy foki wygrzewające się tuż przy brzegu. Chwilę później drogę przebiega nam lis polarny. Spitsbergen hojnie pokazuje rdzennych mieszkańców, a my skwapliwie uwieczniamy ich na zdjęciach. Droga na tą jedyną w swoim rodzaju lekcję geografii okazuje się długa i męcząca. Gdy wreszcie docieramy na miejsce, łatwo rozróżnić żeglarzy od naukowców. Ci pierwsi padają wykończeni na kamienie, które zdają się być niezwykle wygodne w tej chwili. Ci drudzy natomiast, przyzwyczajeni do długich wędrówek, gromadzą się zupełnie niewzruszeni wokół profesora, który zaczyna wykład o lodowcach Arktyki. Po zaspokojeni głodu wiedzy, przychodzi czas na zaspokojenie głodu szarlotkowego. Wierzcie lub nie, ale w tych okolicznościach zwykła szarlotka smakuje wręcz obłędnie!
Arktyczna szarlotka - pycha!
M. Byrska
Do bazy musimy przejść kolejnych kilka kilometrów. Ciekawi życia codziennego polarników nie marudzimy jednak zbytnio i sprawnie ruszamy w drogę, żegnając ostatnim spojrzeniem lodowiec. Nagle za plecami słyszymy charakterystyczny huk - tak, tego nie da się pomylić z niczym innym! Zaraz odbędzie się piękny spektakl starego lodowca. Patrzymy więc w napięciu i po chwili odrywa się od zwartej masy wielka bryła lodu - to się nazywa pożegnanie z pompą!
Profesor opowiada o lodowcu
M. Byrska
 Stacja okazuje się być niezwykle małym, ale bardzo przytulnym miejscem, pełnym książek, zdjęć i pamiątek pierwszych arktycznych wypraw. Po ciepłym, dosłownie (w stacji było gorąco!), przyjęciu czas wracać na jacht i ruszać dalej na południe.
W którą stronę lepiej? ;)
 Pogoda postanowiła sprawdzić, czy da radę popsuć nam humory. Po pięknym słońcu i względnym ciepełku nie pozostał nawet ślad. Na wachcie jest szaro, mokro i chłodnawo. Marcin postanawia postawić żagle i pohalsować się trochę, bo oczywiście jedynym kierunkiem wiatru, jaki może wiać na Spitsbergenie jest wmordewind. Całe szczęście, że wieje na tyle, by móc w bajdewindzie wyciągnąć te 5 węzłów. Po drodze do polskiej stacji badawczej Hornsund mamy odwiedzić dwie kolonie morsów. Pierwsza z nich powinna za chwilę się pojawić. Dostaje zadanie wypatrywania zwierzaków na brzegu. Chłopaki siedzą pod pokładem, grzeją się i uzupełniają moje zapasy herbaty z sokiem, niezastąpionej za sterem. Po dwóch godzinach nawet nie starali się by pytanie „Zmienić Cię?” brzmiało ochoczo i wiarygodnie, bo za każdym razem odpowiadałam: „Absolutnie nie! Muszę nacieszyć się żaglami”. I rzeczywiście po rozłożeniu grota i genuy przestaje odczuwać dyskomfort termiczny, za to cieszę się jak dziecko, że wreszcie mogę sunąć bez akompaniamentu silnika. Morze ma siny kolor, wzmagają się fale, lekki deszcz zaczyna zacinać, a wszelkie góry pochowały się za mgłą i chmurami. Jestem mocno zdziwiona swoimi odczuciami w tych mało sprzyjających warunkach – zamiast niecierpliwie patrzeć na zegarek i zgrzytać zębami, czuje beztroskę, spokój i taką specyficzną, nieopisaną lekkość, jaką dają tylko żagle. 

Zbliżamy się do brzegu, a morsów jak nie było tak nie ma. Marcin wychodzi z lornetką, ale również nie zauważa nic co chociaż przypominałoby morsy.
- Marcin, morze mi się kończy… - sugeruje zwrot.
- Podpłyń jeszcze, ja Ci krzyknę kiedy – kapitan schodzi po pokład czuwać nad mapą i sondą, po czym dodaje jeszcze beztrosko:
- Tylko musisz precyzyjnie i sprawnie zrobić ten zwrot, bo tu jest cholernie płytko!
Zagrzana do boju, w pełni gotowości czekam na komendę. Na pokład wychodzi Darek, co znaczy, że zaraz będzie się działo. Pada „do zwrotu”, wychylam ster na burt, a mój oficer szybko podrywa korbę i sprawie wybiera żagle. Poszło jak z płatka. Morsy zrobiły nas w konia. Na szczęście jest jeszcze druga kolona morsów po drodze – Richardlaguna. Tam będą na 100%. W każdym przewodniku, w każdej locji i każdy, kto choć trochę orientuje się w temacie potwierdza.
Przed wachtą Marty, uczulam ją by mnie obudziła, kiedy już dopłyniemy do morsów, po czym wsuwam się w śpiwór i praktycznie od razu zasypiam, twardym i spokojnym snem. Jest mi to potrzebne po chłodnych 4 godzinach na deku. Budzi mnie budzik, a nie Marta, co z kolei budzi moje podejrzenia – w końcu do Richardlaguny miało być już blisko. Wyskakuje z koi i dopytuje obecnych w mesie, czy przypadkiem nie przespałam czegoś ciekawego. Jak się okazało, morsy po raz drugi zrobiły nas w konia i o ironio, zwiały też z miejsca, w którym są zawsze. Jesteśmy mocno rozczarowani ich postępowaniem. Trzeba płynąć dalej. Niestety jakby mało było wiatr prawie gaśnie i zamiast sunąć szybciutko na południe stoimy niemal w miejscu.
- Marcin, włączmy silnik, bo męczymy te żagle jak dzieci kota – krzyczy rozżalony Marcin (oficer) z góry. W odpowiedzi z dołu salwa śmiechu. Atmosfera zdecydowanie się polepszyła, mimo że kapitan pozostaje nie ugięty.
W końcu wiatr i morze postanawiają pokazać, kto tu rządzi. Rozwiewa się porządnie, a morze postanawia się skotłować, tak aby skutecznie uniemożliwić spokojny sen. Niestety dalej wieje od dziobu, więc postanawiamy skrócić trasę – do Hornsundu w takich warunkach nie dopłyniemy w rozsądnym czasie. Nowy plan zakłada odwiedziny w Lubelskiej Stacji Badawczej w Calypsobyen.

Katarzyna Pawełczyk

środa, 4 listopada 2015

Zatańcz ze mną w Ny-Alesund



Cumy na ląd! Słyszę komendy wyraźnie wskazujące na dotarcie do celu. Wygrzebuje się szybko ze śpiwora – po tygodniu jest już to manewr wykonywany z gracją i wdziękiem, przecieram oczy i próbuje zobaczyć przez bulaje co dzieje się na zewnątrz. To nie omamy słuchowe, rzeczywiście stoimy w porcie! W zasadzie w małym porciku, w najdalej na północ wysuniętej wiosce świata. Ekipa, która uwijała się przy cumowaniu, idzie na rozeznanie terenu, a część załogi, która dopiero co wygrzebała się ze śpiworów, gromadzi się półprzytomna w mesie z kubkami gorącej herbaty, snując marzenia o prysznicu.
Prysznic ogólnodostępny dla żeglarzy mieści się w białym kontenerze, tuż obok portu. Co najważniejsze leci z niego gorąca woda. Przy czym starcza jej na dwie kąpiele o czym boleśnie przekonuje się, będąc trzecia w kolejce… Mimo braku ciepłej wody, przyjemność kąpieli po tygodniu z mokrymi chusteczkami jest wielka. 
A internet w Ny-Alesundzie wygląda tak...
K. Pawełczyk

- Jak tylko przypłynie Spitsbergen express ok. 1300 otworzą sklep! – chłopcy z dumą dzielą się świeżo zdobytymi informacjami.
Z niecierpliwością wypatrujemy na horyzoncie statku wycieczkowego, dzięki któremu otworzą się przed nami podwoje sklepu z pamiątkami, colą i szamponami do włosów. Tymczasem Spitsbergen Express cumuje obok nas niezauważenie i zamiast gigantycznego promu z naszych wyobrażeń okazuje się być maleńką łupinką na zaledwie 6 może 8 osób. Nie tracąc czasu idziemy w stronę sklepu. Jakież jest nasze zdziwienie, gdy ceny są tu znacznie mniejsze niż w stolicy wyspy. Ruchem łyżwiarskim buszujemy między regałami w samych skarpetkach – przed wejściem należy zdjąć buty, taki zwyczaj panuje tu w większość miejsc, ze względu na ogromne ilości błotka przenoszonego na butach. 
Najdalej na północ wysunięte miasteczko świata
M. Byrska

Kilka pocztówek, trochę innych pamiątek i zapas puszek coli – tak wyglądają nasze zakupy, z którymi wracamy triumfalnie na jacht. Następna ekipa wraca już z pustymi rękami. Jak się okazało sklep został zamknięty zaraz po naszym wyjściu. Na szczęście oprócz sklepu w miasteczku jest jeszcze jedna instytucja zapewniająca szeroko pojętą rozrywkę – bar. Otwarty wyłącznie w czwartki i soboty, od 1900. Jak dobrze, że jest sobota! Mamy podejrzenia, że trasa rejsu i wszelkie warunki meteo zostały zaplanowane pod wizytę w tym arktycznym przybytku.
Na jachcie poruszenie – zbliża się godzina 1900. Wychodzimy z szerokimi uśmiechami – tyle szczęścia na raz nas dziś spotyka – prysznic, zakupy i wyjście między ludzi. Bar z zewnątrz wygląda bardzo nie pozornie. Budynek trochę przypominający szopę, a trochę już wiekową chatę. W oknach ciemne zasłony szczelnie chronią przed promieniami słońca i całkiem sprawnie imitują noc. Dzięki temu po wejściu do środka od razu czuje się przyjemną atmosferę drewnianego wnętrza. Za barem krzątają się młodzi ludzie, którzy jak się okazuje są tutejszymi naukowcami – każdy z nich ma obowiązek społecznego dyżurowania w barze według grafiku. Obowiązek ten zresztą spełniają z nieskrywaną radością. 
Pamiątki dalekiej północy...
M. Byrska

Z każdym kwadransem zbiera się coraz więcej ludzi, a kiedy nie ma już ani jednego miejsca do siedzenia i goście stoją ze szklankami w każdym możliwym kącie, ma się wrażenie, że zebrała się tu dokładnie cała wioska!
Pada propozycja zdobycia parkietu. Prawie cała załoga zrywa się z krzeseł i pląsającym krokiem rusza w kierunku niewielkiego parkietu tanecznego. Na początku trochę nieśmiało kołyszemy biodrami, ale każda kolejna piosenka sprawia, że czujemy się coraz swobodniej, ba – porywamy na parkiet naukowców i miejscowych. Zabawa rozkręca się rewelacyjna! Nawet dzisiejsi barmani przygotowują drinki wraz z wyszukanymi choreografiami. Najdalej na północ wysunięta impreza świata okazuje się jedną z najlepszych na jakich byłam!
Około północy w kolejce do toalety poznaję przystojnego Norwego-Amerykanina, który po 15 minutowej rozmowie proponuje mi pozostanie w Ny-Alesundzie i ślub w niedalekiej przyszłości. Trochę onieśmiela mnie ta szybkość w układaniu sobie życia, ale z drugiej strony na dalekiej północy nie ma ani czasu, ani tym bardziej miejsca na randkowanie, flirtowanie i podchody – noc polarna zbliża się wielkimi krokami, a trzeba się mieć do kogo przytulić jak już nadejdzie. Muszę jednak zrezygnować z kuszącej propozycji, bo kapitan ponagla nas do wyjścia.
Marcin (kpt) zaskoczył wszystkich – 25 minut po północy rzucamy cumy i kierujemy się na południe do Hornsundu. Druga wachta wygląda na co najmniej oszołomioną, kiedy nagle wszyscy rozeszli się do koi, a oni w nastrojach jeszcze mocno imprezowych, muszą zostać na pokładzie.

Katarzyna Pawełczyk

poniedziałek, 2 listopada 2015

Między górami lodowymi



Kolejny cel – Magdalenfjord z pięknym lodowcem i niezwykle uroczą zatoką. Kiedy dopływamy na miejsce niebo jest pozbawione jakichkolwiek chmur. Piękne słońce nadaje majestatu, blasku i podkreśla niezwykłe kolory lodu – od bieli, przez błękit, po głęboki granat. Nikt nawet nie myśli o spaniu w takim momencie. Znów cała załoga gromadzi się na pokładzie, częściowo z bambusowymi kijami antylodowymi, częściowo z aparatami. 
Tym jest błękit!
M. Byrska

Adaś, Marta i Darek zostają wysłani pontonem na robienie ujęć jachtu w całej okazałości. Wprawdzie po przygodach dnia poprzedniego nieśpieszno im wracać na ponton, ale czego się nie robi dla takich zdjęć w takich warunkach. 
 
Środek transportu do zadań specjalnych.
M. Byrska

Na pokładzie zostaje ja, Krzysiek, Marcin oficer i Marcin kapitan, który postanawia postawić komplet żagli i wykonać serię efektownych zwrotów między górami lodowymi. Marcin oficer, stojący w tej chwili za sterem nieco blednie na samą myśl o arktycznym slalomie, ale co zrobić – kapitan każe, załoga musi. Żagle luz i po chwili wybieraj. Usiłujemy zrobić to sprawnie i z gracją, ale biedny Krzysio, który jest po raz pierwszy na morzu nie bardzo orientuje się w sytuacji i zamiast nam pomagać, miota się niepewnie między szotami. Kolejne bryły lodu mijamy o włos, a jacht nabiera coraz śmielej prędkości. Ekipa filmowa dawno została w tyle, ale w zasadzie zapominamy, że zwroty miały być częścią scenariusza i mamy z tego nieziemski fun! W końcu nie codziennie bierze się udział w arktycznych regatach. Dopiero kiedy podpływamy na koniec bezpiecznego dystansu względem lodowca, a kra robi się zbyt gęsta, pada komenda na zrzucenie żagli i powrót w kierunku pontonu. 

Ominąć kry...
M. Byrska



Piękno lodowca!
M. Byrska

Adaś trzęsie się z zimna, Darek i Marta deklarują, że na chwilę obecną pontonu mają serdeczne dość, a my klarujemy porozrzucane po całym kokpicie szoty. Mimo wszystko było warto! Na pogodną noc zostaniemy w zatoczce. Wachta kotwiczna oczywiście angażuje całą załogę. Przy czym nad ranem co chwilę ktoś wychodzi odpychać krę. Po obudzeniu mam deja vu – wstaje na śniadanie, a podają mi obiad. Arktyka zagina czasoprzestrzeń, jak nic! 

Z bambusem na lód - strażnicy poszycia burt.
M. Byrska
Poranek przynosi jeszcze jedną niespodziankę – zagadkę. Misiek siedzi w mesie z totalnie zrozpaczoną miną, a gdy coś mówi zakrywa usta dłonią. Za każdym razem Marcin (oficer) prawie pęka ze śmiechu. Nie wygląda to na tradycyjne przepychanki między nimi. W końcu prawda wychodzi na jaw – Misiek obudził się bez zęba. Jak to? Co się stało? Pytamy wszyscy. Odpowiedź jest mało satysfakcjonująca, bo ząb wypadł w tajemniczych, niewyjaśnionych okolicznościach, a po obudzeniu Misiek oprócz zęba spostrzegł na koi monetę o nominale 20 koron – cóż, wróżka zębuszka nie była najhojniejsza… Kiedy cała załoga została już poinformowana o katastrofie, poszkodowany domaga się wezwania helikoptera dentystycznego, albo przynajmniej jednostki SAR i jest okrutnie rozczarowany, gdy na jego prośby i apele, pada decyzja odmowna. Z kolei kiedy dzielna załoga prześciga się w propozycjach pomocy i stworzenia jachtowego gabinetu dentystycznego z kleszczami, kropelką i wiertarką w roli głównej, to Misiek, nie wiedzieć czemu, skoro chęci są szczere, odmawia.
Marcin (kpt) po obiedzie proponuje kajaki. Oczywiście zgłaszamy się z Martą od razu i bez zbędnego myślenia, czy nie wygodniej byłoby poleżeć w koi. Wskakuje w kilka warstw ciepłych ubrań, wracam po szelki i wskakuje do czerwonego kajaka jako pierwsza. Płynę z Marcinem. Do kompletu z wiosłem dostaję GoPro, a Marcin w trakcie kręcenia daje mi taryfę ulgową. Jeszcze wczoraj były tu pojedyncze kry, teraz jest ich całe mnóstwo. Pływanie między nimi robi ogromne wrażenie. W dodatku obok nas pływa, trochę nieśmiało, młoda foka – jest na co popatrzeć.
Kajakiem na poszukiwanie fok.
M. Byrska

Każde otarcie o lód wywołuje bardzo nieprzyjemny, złowieszczy dźwięk. W głowie mam wizje foki przewracającej kajak i nas w lodowato zimnej wodzie. Z mrocznych wizji wyrywa mnie głuchy, znajomy dźwięk. Odruchowo patrzę w stronę najbliższej góry lodowej. Nagle pęka i obraca się 360 stopni wokół własnej osi, a mewy które do tej pory spokojnie tam wypoczywały, odlatują w popłochu. Jestem zachwycona – takiej Arktyki oczekiwałam.
Następni w kolejce do kajakowania, Marta i Krzysiek, już czekają na pokładzie na nasz powrót, uchwycając czujnym okiem obiektywu nasze poczynania kajakowe. Kiedy wracają po wykonaniu podobnej rundy wokół gór lodowych, zbieramy się do kolejnego przelotu. 
Katarzyna Pawełczyk

poniedziałek, 19 października 2015

Misja na Marsa



Po obiedzie (liofilizowanych ziemniaczkach Hot Pot z wołowiną) czterech śmiałków i śmiałkiń decyduje się płynąć na drugą stronę zatoki do Virgohamny – dawnej bazy powietrznych ekspedycji na biegun i wielorybników. Z locji wynika, że wycieczka będzie naprawdę ciekawa, więc mimo mało sprzyjających warunków, szykujemy się do drogi. Ponad milę musimy pokonać pontonem – ze względu na silny, dopychający wiatr nie możemy tam podpłynąć i zakotwiczyć jachtem. Będzie zabawa!
Poubierani, zaopatrzeni w broń i race, z aparatami w rękach i psychiczną gotowością do boju, ruszamy.
Bohaterowie!

 Duża fala i wiatr nadają mocno przygodowy charakter tej podróży.Nasz mały świat buja się niemiłosiernie, bryzgi są zimne, a perspektywa znalezienia się w wodzie mało sympatyczna – mimo to dobre humory nas nie opuszczają, z nutą groteski w głosach pozdrawiamy do kamery rodziców, dzieci, żony i przyszłych mężów. Oddalający się jacht wzbudza wrażenie, że jesteśmy skazani sami na siebie, a zarazem dodaje animuszu wyprawie.
Lądowanie na brzegu okazuje się dużym wyzwaniem. Fale mocno uderzają o sporych rozmiarów kamienie i dno wydaje się dość stromo schodzić w głębiny. Gdy w końcu znajdujemy najbezpieczniejsze miejsce do manewru, fala obraca nas bokiem i w sposób okrutny woda wlewa się do pontonu, a potem  dalej do naszych kaloszy. Po nierównej walce udaje się wreszcie wyciągnąć ponton na brzeg i rozpoczynamy czynności związane z wylewaniem Morza Grenlandzkiego z gumiaków i skarpetek. Podobnie z rękawicami – trzeba wykręcać. Na szczęście świeci słońce, więc chłód wydaje się mniej odczuwalny. 
Nieco sponiewierani, ale... wreszcie na brzegu!
M. Byrska

Ruszamy na eksploracje terenu, po przejściu może 20 metrów odnajdujemy tablice informacyjną z oznaczeniami i krótką, acz treściwą historią tego niepozornego miejsca. W zasadzie liczyliśmy na coś bardziej okazałego niż trochę porozrzucanego drewna i kilka zardzewiałych beczek. Zadeklarowaliśmy na jachcie dwie godziny zwiedzania, a tymczasem wystarcza nam pół godziny. 
To co pozostało po odkrywcach minionych wieków...
M. Byrska

Dajemy więc znać, że jesteśmy gotowi do powrotu - mogą podnieść kotwice i podpłynąć nieco bliżej nas. Płynięcie pod falę i silny wiatr na małym pontonie ponad milę byłoby wariactwem. Jednak załoga potrzebuje jeszcze „chwilę” na zebranie się i dostajemy sugestie, że powinniśmy zająć się sobą póki co. Zdejmujemy kalosze, wystawiamy do słońca mokre skarpetki, a Marta odnajduje w zakamarkach plecaka wymarzone w tej sytuacji marsy.
Wygodna kłoda jest, uśmiech są, marsy też - można układać sobie życie ;)
A. Budkiewicz

Siedzimy, nic się nie dzieje, nuda… słońce zachodzi za górą, a stopy powoli odmawiają współpracy mimo założenia obuwia. Powoli zaczynamy się zastanawiać, czy oni w ogóle po nas wrócą. Snujemy plany na przyszłość w Virgohamnie i zastanawiamy się jak sobie ułożymy tu życie z mauserem, paczką marsów i przemoczonymi rękawiczkami.
Poszukiwania łaskawego brzegu do odpłynięcia, a może...?
M. Byrska

Zniecierpliwieni podejmujemy próby znalezienia odpowiedniego miejsca na zwodowanie pontonu, lepszego niż to, w którym lądowaliśmy. JoinUs podnosi kotwice, a my przenosimy ponton. Kładziemy go delikatnie zanurzając tył, ale fala szybko weryfikuje nasze zamiary i zaczyna dziki taniec, miotając ribem na wszystkie strony. Szybkie wejście do środka i złapanie za pagaje nie poprawia sytuacji. W zasadzie nie mamy wpływu na ruch pontonu. Adaś wyskakuje, żeby nas wypchnąć. Udaje się po kilku próbach. Odpalamy silnik i z tryumfem, choć przemoczeni do cna, wracamy na pokład, na którym załoga  w milczeniu i z nutą niepewności obserwowała nasze poczynania.

Katarzyna Pawełczyk