środa, 10 lutego 2016

Mayday relay i popisy kulinarne



Część załogi wraca do żywych po niemiłym spotkaniu z chorobą morską, choć na kwestie żywieniowe dalej patrzą z nutą niepewności. Ci, którzy na pokładzie spędzili godziny nadliczbowe wykazują zgoła przeciwne nastroje. Niedobór snu uzupełniamy nadmiarem kalorii. Jak się okazuje niemożność zejścia na ląd i gasnący wiatr wzbudzają w wilkach morskich niespotykane pokłady kulinarnej ( i nie tylko) kreatywności. Jako pierwszy, ze swoimi kambuzowymi talentami ujawnia się Andrzej. Po standardowym jachtowym obiedzie, przebąkuje coś o kawie. Wedle zasady życzenie kapitana jest dla nas rozkazem natychmiastowo otrzymuje informacje z kambuza, że woda jest już wstawiona. Cudowna załoga! Po pięciu minutach oczekiwania, biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności łagodzące – nasza kuchenka nie jest niestety tygrysem w kwestii szybkości gotowania nań posiłków, zaczynam się niepokoić o ukochany, aromatyczny trunek. Już mam sprawdzić co powoduje te podpokładowe przestoje, gdy w zejściówce pojawia się Patrycja z szerokim uśmiechem i rozwiązaniem zagadki kawowej.
Kapitan z kawą, to zadowolony kapitan!
P. Maindok

- Andrzej szykuje kawowo - czekoladowe rewolucje!
Chwilę później wytęsknione filiżanki lądują na stoliku w kokpicie. Do kawy z nutellą nasz barista pokroił świeżego melona – takie desery to ja rozumiem!
Kawa kreatywna wg. Andrzeja
P. Maindok

Słabnąca siła wiatru niezmiennie mnie niepokoi. Staram się powstrzymywać przed regularnym przeglądem plotera i wyliczaniu godzin, które dzielą nas od Malagi – jakkolwiek bym nie liczyła, z dużą dozą pewności będziemy na styk.
Zapada kolejny zmierzch. Nagle, szybko, bez uprzedzenia. Mam nadzieję, że ta noc będzie już znacznie spokojniejsza. Wiem wprawdzie, że i dziś nie pośpię, by towarzyszyć Piotrkowi na wachcie i doglądać Sylwii, którą Neptun w sposób niesprawiedliwy i okrutny potraktował znacznie mocniejszymi objawami choroby niż resztę. 
Kolejny błyskawiczny zachód słońca...
P. Maindok

Szybkość przyswajania wiedzy przez Piotrka wprawia mnie w totalny podziw. Wystarczy raz wytłumaczyć dane zagadnienie i chłopak już wie co robić. Gdybym ja uczyła się żeglarskiej sztuki w równie zawrotnym tempie, byłabym już mistrzem świata! Gdy kolejna wachta wychodzi na pokład, kładę się do upragnionego śpiwora. Szybko wpadam w stan relaksu, czując jednak ruchy jachtu i warunki panujące na zewnątrz nadzwyczaj dobrze. W głębi duszy uśmiecham się do kolejnego stopnia kapitańskiego wtajemniczenia – mogę czuwać nad sytuacją spod pokładu.
Cudowne odprężenie, na które czekałam od dwóch dni przerywa w sposób brutalny radiowy alarm „Mayday relay”. Zrywam się na równe nogi, próbując wychwycić z potoku hiszpańsko-angielskich słów istotne informacje. Niestety poza tym, że jakaś jednostka jest w poważnych tarapatach nie zrozumiałam nic więcej. Spokój odleciał na dobre na kolejną dobę. W głowie myśli kotłują się niemiłosiernie – co jeśli to któryś z naszych jachtów jest w niebezpieczeństwie? Wybiegam na pokład i zarządzam szczególną czujność. Zanim skończyłam wywód o niepokojącym alarmie, Patrycja z ogromną łatwością odczytuje z mojej głowy sakramentalne „a co jeśli to nasi?”. Staram się zachować resztki spokoju i nie martwić przynajmniej ich, zapewniając zupełnie bezpodstawnie (w końcu nie zrozumiałam ani komunikatu ani nawet numeru MMSI), że pozostałe załogi naszego rejsu zmierzają bezpiecznie do docelowego portu. Alarm powtarzał się regularnie mniej więcej co dwie godziny. W końcu wspólnymi siłami odszyfrowaliśmy z komunikatu to co najistotniejsze – współrzędne jednostki (znajdowała się w zupełnie innymi miejscu niż my) i liczbę osób w niebezpieczeństwie (czterdziestu ludzi w wodzie). Nieco mi ulżyło, wiedząc że alarm nie dotyczy naszych kolegów. 
Po niespokojnej nocy, czujny dzień
P. Maindok

Niemniej po kolejnej nieprzespanej nocy, spędzonej przy akompaniamencie wyjącego do granic możliwości radia, miałam ochotę rozmontować i wyrzucić je za burtę bez żalu.
W kambuzowych popisach przyszła kolej na Grzesia. Zapachy dochodzące z dołu wprawiają w błogostan i powodują nadmierną produkcję soków trawiennych w biednych żołądkach. Dzisiejszy szef kuchni serwuje klopsiki domowej roboty – zdecydowanie najlepsze jakie do tej pory jadłam. Po omiecieniu talerza do czysta, uroczyście ogłaszam, że nawet moja mama, która gotuje doskonale, nie robi tak wspaniałych klopsików! Zatem kolejny medal z ziemniaka w jachtowym Master Chiefie trafia do naszego I oficera. Deser okazuje się równie wspaniały jak wczorajszy. Andrzej znowu znika pod pokładem, krzątając się w kambuzie. Po chwili podaje banany w czekoladzie. 

Może wiatr i stan morza nie rozpieszczają w tym rejsie – za to nasi chłopcy stają na wysokości zadania!
Katarzyna Pawełczyk

sobota, 6 lutego 2016

Nie dany nam ląd...



Ibizę żegnamy w pięknym słońcu i o dziwo z wyraźnie wyczuwalnym wiatrem we włosach. Promy kursujące między Ibizą a Formenterą wprawiają nas  w lekkie zakłopotanie – ruch jak na autostradzie, w jedną i drugą stronę. Żagle idą w górę, spora część ciuchów w dół, a uśmiechy i radość wypełniają pokłady czterech jachtów po brzegi. W pełnej błogości i z satysfakcją wynikającą z wyjścia z portu analizuje leniwie prognozy pogody.
Na pokładzie pełna błogość!
K. Pawełczyk

 Dzisiejsza noc zapowiada się wietrznie. Oczywiście wiatr wieje od dziobu i to ma się nie zmienić już do końca rejsu. Z tyłu głowy pojawia się chochlik podrzucający czarne myśli i piętrzące się obawy. Niemniej postanawiam skupić się na chwili obecnej i czerpać z niej garściami słońce, piękne widoki i dobry humor. 
Andrzej jeszcze nie wiem jak długo będzie musiał stać za sterem...
P. Maindok

Do wieczora płyniemy w zasięgu wzroku, wiatr przybiera na sile i pojawiają się pierwsze objawy choroby morskiej wśród dzielnych żeglarskich nowicjuszy. Potem kilka zwrotów i zapadające ciemności rozdzielają nasze jachty na kolejne cztery dni. Do północy utrzymuje kontakt radiowy z Bieganem i Dorotą. Słyszę, że Papa ma jakieś problemy z fokiem. Próbujemy dopytać co się stało, ale Krzysiek nie odpowiada, zajęty naprawą usterki. Uczucie niepokoju we mnie wzrasta wprost proporcjonalnie do utraty kontaktu z kolejnymi załogami, coraz bardziej kotłującego się morza i silniejszego wiatru. To będzie długa noc. 

Ostatnie chwile w zasięgu wzroku
P. Maindok
Jedni załoganci zgłaszają, że nie dadzą rady wyjść na wachtę, innych odsyłam sama. Do północy zostaję z Andrzejem sama na pokładzie. W głowie niewyraźnie przebija się myśl o refowaniu, a zgodnie ze stara dobrą zasadą – pierwszy zamysł refowania jest ostatnim właściwym momentem aby to zrobić. Z pod pokładu wynurza się nieco jeszcze zaspany Piotrek, którego skutecznie rozbudzam tłumaczeniem manewru jaki za chwilę nastąpi. Z wielkim zapałem i niesamowitą precyzją chłopaki wykonują powierzone im zadania. Genua nieco zwinięta, a na grocie pierwszy ref. Niestety wiatr rozwiewał się w takim tempie, że za chwilę wszystkie czynności miały zostały powtórzone. Korba pracuje na najwyższych obrotach, na twarzy Andrzeja rysuje się wyraźny wysiłek ale mimo wszelkich niedogodności nie przestaje wybierać. Wtedy słyszymy trzask – poszło o jeden obrót korbą za dużo. Straciliśmy drugi ref. Nie tracąc czasu rzucam komendę do założenia trzeciego refu. Tym razem już ostrożniej i uważniej wybierane są wszelkie liny, niemniej tempo nadal pozostaje zadowalające. Mimo pozostawienia maleńkich skrawków obu żagli idziemy ponad 7 węzłów – niezły wynik jak na dotychczasowe osiągnięcia. Stojąc za kołem sterowym na chwilę zapominam o wszystkich obawach i czuje, dziką wręcz radość ze ścigania się z falami i orania wściekłych wodnych przestworzy. Takie emocje i wysoki poziom adrenaliny serwuje tylko morze! Kocham te momenty, nawet jeśli doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że z rejsu wrócę wykończona.
Andrzej odmeldowuje się do koi, a Piotrek przejmuje ster. Siedzę z nim chwilę na pokładzie, opowiadam o swoich żeglarskich przygodach i kątem oka trzymam kurczowo nikłe światełko masztu Doroty. Zdrowy rozsądek podpowiada mi, że i tak ich za chwilę zgubimy i do Malagi trzeba będzie płynąć samotnie. Niemniej świadomość, że ktoś oprócz nas też zmaga się z żywiołem, daje koszmarnie złudne poczucie bezpieczeństwa, morskiej wspólnoty i solidarności. Widząc, że Piotrek mimo debiutu w takich warunkach radzi sobie doskonale, schodzę pod pokład raz jeszcze przeanalizować prognozy. Wygląda na to, że za chwilę wpłyniemy w obszar znacznie lżejszego wiatru. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, dosłownie chwilę po wszelkich analizach, czuje, że jacht idzie spokojniej. Wybiegam na pokład, żeby sprawdzić czy to aby na pewno nie własny umysł płata figle i blokuje odczucia w wyniku autoperswazji. Wszystko wskazuje, że jednak z głową u mnie w porządku, a wiatr rzeczywiście osłabł. Z odczuciem pełnej ulgi, zostaje z Piotrkiem na pokładzie, umilając mu wachtę rozmową. Osobiście kiepsko wspominam jak nieraz musiałam zostawać na pokładzie sama, nie mając do kogo gęby otworzyć.
Czwarta nad ranem – zmiana sterników. Znów wychodzi Andrzej, mimo że nie jego kolej wypada. Jestem niezwykle dumna z załogi, która potrafi się wspierać w trudnych momentach i wziąć odpowiedzialność za siebie nawzajem. Z drugiej strony zastanawiam się jak długo jeszcze wytrzymają, bo martwa, paskudna fala – smutne wspomnienie nocnego wiatru, nie wygląda jakby chciała się na dniach uspokoić…
Katarzyna Pawełczyk

poniedziałek, 1 lutego 2016

Just one day in Ibiza!



Zapachy z Krzyśkowego kambuza informują subtelnie, że kawiarka wykonała kawał dobrej roboty i od pobudzającego spotkania z kofeiną dzieli nas już tylko krótka chwila. Tak, tego potrzebujemy teraz najbardziej. Zanim jednak zrobię pierwszy łyk tego boskiego napoju, jestem proszona na keję w trybie pilnym.
- mam nadzieję, że to coś ważnego! – rzucam w stronę kokpitu, nieco zirytowana koniecznością oderwania się od zasłużonej kawy.
- jakiś Hiszpan Cię szuka – załoga informuje mnie o przybyciu intruza.
Nawet człowiek łyka nie zdążył zrobić, a już go na keję wzywają!
A. Cioch

Okazuje się, że ów Hiszpan nic nie wie o naszej rezerwacji miejsc postojowych i uparcie twierdzi, że musimy opuścić marinę, bo miejsca tu dla nas nie ma i już. Dopiero po 15 minutach tłumaczeń, oczywiście językiem najprostszym z możliwych, bo po cóż mieliby Latynosi angielski na wyższym poziomie znać, intruz odpuszcza. Dopyta szefa, wróci za godzinę. W porządku – mogę wrócić do kawy i Krzyśka, wszak trzeba obgadać wrażenia z pierwszego przelotu i ustalić plany na najbliższe godziny. 
Pora ruszać na podbój Ibizy
P. Maindok

Po naradzie wracam na jacht, żeby się nieco zdrzemnąć, uprzedzając jednak załogę o konieczności obudzenia mnie gdyby wybierali się na podbój Ibizy. Ze spania nici, co o dziwo nie kawą jest spowodowane a ciekawością tego osławionego miasteczka. Nie mogąc się doczekać zwiedzania ogłaszam załogową wycieczkę. Wszyscy zbierają się do wyjścia błyskawicznie, napędzani zapewne tą samą siłą, która nie pozwoliła mi zasnąć. Mimo później pory roku, turystów jest cała masa – zwłaszcza na starym mieście. Większość z nich rozsiadła się jednak wygodnie w maleńkich kawiarenkach i barach, nie zdradzając szczególnej ochoty na buszowanie w wąskich uliczkach i murach historycznych. Tym lepiej dla nas – na spokojnie przejdziemy wszystkie interesujące nas miejsca.

Ku murom starego miasta!
P. Maindok
Wąskie przejścia, niekończące się schody i klimatyczne budynki – tak można najprościej, a zarazem najtrafniej opisać starą Ibizę. Kiedy wreszcie udaje nam się dotrzeć na szczyt wzgórza, na którym wzniesiono miasto, widok robi na nas ogromne wrażenie! Jest pięknie – nie mniej, nie więcej, po prostu pięknie.
Urokliwe wąskie uliczki...
K. Pawełczyk

 Zaraz pod murami spotykamy małego, przestraszonego kociaka. Jestem gotowa zabrać go na jacht, zapominając o jakimkolwiek rozsądku. Na szczęście kociak czuje się bezpiecznie tylko u Andrzeja na rękach, a od reszty ucieka w popłochu – dzięki czemu, z najwyższym możliwy poziomem samozaparcia, zarządzam zostawienie zwierzaka w spokoju i kierowanie się do mariny.
Nasz mały przyjaciel
P. Maindok

Osławione na cały świat kluby Ibizy są oddalone od miasta, a wejściówki kosztują niebagatelne sumy, dlatego decydujemy się uczcić pobyt w Ibizie na jachtach. Sangrija, rum i inne specyfiki natychmiast pozwalają poczuć klimat rodem z letnich przebojów. Jutro mamy wyjść z samego rana, ale mając świadomość, że jest to pierwszy i zarazem ostatni port na naszej trasie (chyba, że Neptun okaże się łaskawszy i ześle trochę wiatru w nasze żagle), nawet nie wspominam o końcu imprezy – należy im się, na poczet najbliższego tygodnia spędzonego na morzu. Sama jednak po 0300 nad ranem kieruje się do koi – w tym tygodniu raczej za wiele nie pośpię.
Załogowe selfie musi być!
A. Cioch

Nie do końca wiem jak to się dzieje, ale kiedy jestem na rejsie problemy ze wstawaniem po prostu nie istnieją – niezależnie od pory i ilości snu. Niestety ilekroć próbuje przenieść ten nawyk na ląd, idzie mi raczej marnie. Wyskakuje z koi i prowadzona tym samym zapachem, co wczorajszego poranka, docieram do łódki Krzyśka, gdzie znów hula kawiarka pełna szlachetnego napoju. Chwilę rozmawiamy o trasie i pogodzie, a w głowach pojawia nam się dokładnie ta sama myśl:
- na porty po drodze nie ma szans najmniejszych, obyśmy tylko zdążyli na czas do Malagi
- obyśmy zdążyli…
Ostatnie spojrzenie na Ibizę
P. Maindok

Trochę niepokoi mnie ta perspektywa – na morzu nie lubię się spieszyć, a na lądzie spóźniać na samolot – obie kwestie, mimo że jeszcze dość mgliście, wisiały nade mną z całą swoją mocą. Ostatnia, dość szybka odprawa, ostatnie załogowe selfie w Ibizie i każdy kieruje się na swój jacht poczynić ostatnie przygotowania do rejsu. Biegnę w ostatnich chwilach pod McDonalda złapać wifi i najświeższe prognozy, które muszą mi starczyć aż do Malagi, nie wiedząc jeszcze jak bardzo ułatwią mi najbliższą noc. Hiszpan z obsługi mariny nie pojawił się od wczoraj – najwyraźniej na Ibizie panują jakieś niewyjaśnione zaburzenia czasoprzestrzeni i godzina jest jednostką odmierzającą nieskończoność. Wygląda na to, że pobyt w marinie sponsorowała korona hiszpańska lub jakiś inny anonimowy dobry duch. Tak czy siak, nie płaczemy z tego powodu. Ostatnie spojrzenie na miasto i szybki rachunek sumienia, czy aby na pewno wszystko co było konieczne jest załatwione. Ok, wygląda na to, że możemy ruszać w drogę. Rzucam monetą z Dorotą, o to która z nas pierwsza wypływa (stoimy obok siebie) – baby, co poradzić. Dorota odpływa, a ja przekręcam kluczyk w stacyjce.
- Oddaj cumy!
Katarzyna Pawełczyk

piątek, 8 stycznia 2016

A wiatru coraz mniej…



Palmę i Ibizę dzieli ok. 60 mil morskich. Przy dobrych wiatrach dystans ten zajmuje między 10 a 15 godzin. Naszą sytuację wiatrową można scharakteryzować krótko: nie wieje. A jeśli przez przypadek przychodzi jakiś zagubiony szkwał, choć ciężko te marne podmuchy nazwać szkwałami, to nie z innego kierunku jak tylko prosto w dziób. Ot, normalna w ostatnich rejsach sytuacja. Przez pierwsze godziny próbujemy zaklinać rzeczywistość „płynąc” na żaglach. Niemniej martwa fala, miotająca bomem i żaglami, ostatecznie skłania mnie do zrzucenia smutnych płócien i odpalenia silnika. Szkoda żagli na takie bujanie w miejscu. 
Ostatni rzut oka na Palmę
P. Maindok

Co jakiś czas zerkam na ploter, licząc dystans jaki dzieli nas od portu w Ibizie. Nie wygląda to kolorowo – z założonych 12 godzin pozostało już tylko marzenie zaklasyfikowane do kategorii niemożliwych. Będziemy wchodzić w nocy. Same nocne wejścia traktuje już jako przeznaczenie. Podczas moich dwóch ostatnich kapitańskich rejsów nie dane mi było wchodzić do marin za dnia, więc dlaczego teraz miałoby być inaczej? I o ile manewry i portowe harce w ciemności do przyjemności nie należą, o tyle nie to martwi mnie najbardziej. Uciekające cenne godziny mogą wyeliminować inne porty z trasy rejsu i ukradkiem wprowadzić pośpiech do żeglugi, a tego nie znoszę na morzu najbardziej.
Dziennik sam się nie wypełni...
P. Maindok

Zapada zmierzch. Po naszej lewej burcie widać światła Biegana i Papy. O dziwo płyniemy równym tempem w naszym małym stadku, nie odjeżdżając za bardzo na boki. Od czasu do czasu zamienimy kilka towarzysko – strategicznych zdań na radiu i pomarudzimy na nie łaskawość Neptuna. Kolejna wachta wychodzi na pokład, a ja siadam do studiowania locji. Autor nie był zbyt wylewny, więc mimo szczerych chęci zapamiętanie wszelkich niezbędnych szczegółów zajmuje ok. pół godziny i  chcąc nie chcąc trzeba sobie znaleźć jakieś inne ambitne zadanie, bo o spaniu dziś nie ma mowy. 

A gdy zapada zmrok...
P. Maindok
Nagle z góry dochodzi nerwowe:
- ej, co oni robią!
Od razu wyfruwam na pokład skonfrontować niepokojący ton wypowiedzi z sytuacją za burtami. Poza tym, że zamiast po prawej stronie peletonu jesteśmy w środku, nie widzę niczego ciekawego. Oficer nie czekając na pytania z mojej strony, zdaje energicznie relacje:
- płyniemy sobie spokojnie, aż nagle Biegan skręca gwałtownie w naszą stronę i przechodzi nam 5 metrów  przed dziobem!!
Nieco zaskoczona patrzę w kierunku łódki kolegi… przecież Biegan wie co robi. Już mam zejść z powrotem pod pokład zagłębiać się w znaną mi doskonale locję Ibizy, kiedy nagle sytuacja opowiedziana mi przed chwilą urzeczywistnia się znowu!
- Co jest do cholery! – złość miesza się z niepokojem, a w głowie zapala się czerwona lampka – może mają awarię? Nie zastanawiając się dłużej nad tym, co autorzy mają na myśli tańcując mi przed dziobem, dopadam radio i na kanale 16 wywołuje Biegana z zachowaniem wszystkich zasad dobrych, radiowych manier, prosząc o kontakt na, ukochanym przez wszystkich żeglarzy, kanale 69.
- Kasia tu Biegan, o co chodzi?
- To ja powinnam zadać to pytanie! Co wy wyprawiacie?
- Chyba trafiliśmy na mieliznę, bo sonda pokazuje nam 3 m, więc szukamy bezpiecznego miejsca
- Pod nami jest tak głęboko, że sonda się zawiesiła… - do rozmowy włącza się czujny Krzysiek.
Ibiza o świcie
K. Pawełczyk
Biegan wraca na swój pas i jedziemy dalej w kierunku Ibizy już bez większych przygód. Noc jest ciepła i bogata w delikatnie migoczące gwiazdy, które wprawiają w zachwyt za każdym razem – zarówno tych, co na morzu po raz pierwszy jak i tych, którzy mają się za wilków morskich.
Do Ibizy wchodzimy o świcie. Stare miasto prezentuje się magicznie w świetle poranka. Udaje nam się zaparkować zanim wielkie i szybkie promy zaczną na dobre kursować pozostawiając jedynie opary spalonej ropy i ryk silników, pracujących na pełnych obrotach. Początkowy plan był taki, że po zacumowaniu odsypiamy nockę na morzu. Ibiza porwała nas jednak zanim zdążyliśmy zaprotestować – o spaniu nie było mowy.
Katarzyna Pawełczyk

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Kierunek Ibiza



    Udało się! Na samym końcu wielkiego portu, ukryta gdzieś za katedrą, rysuje się nasza marina. Nie bez małych przygód po drodze, docierają do niej wszyscy zainteresowani. Totalnie zniecierpliwieni musimy jeszcze trochę poczekać na odbiór naszych długo wyczekiwanych jachtów. Co chwilę rzucamy zdziwione spojrzenia to na jeden to na drugi pokład – obsługa portu wnosi całe mnóstwo różnych, dziwnych przedmiotów, które mogłyby być przydatne, owszem, w przelocie przez Atlantyk, ale niekoniecznie w rejsie na Kanary. Zaskakuje mnie nieskończona pakowność bakist – mimo ciągłego ładowania, kolejne przedmioty są upychane bez większego wysiłku. Może to nie jacht, a Narnia albo wielkogabarytowy model damskiej torebki
Żegnamy długo wyczekiwaną marinę
P. Maindok

Michael biega między mną a chłopakami, zdając 3 łódki jednocześnie. Niesamowicie pozytywny i zakręcony człowiek – wbiega, po raz kolejny, pod pokład z uśmiechem daleko wykraczającym poza ósemki, patrzy na mnie zatrzymując się na ostatnim schodku zejściówki i z lekkim zakłopotaniem w głosie wykrzykuje: „Ohhhhh! Sorry, I forget again! Wait a minute ;)”. I tak przez dwie godziny, póki ostatecznie nie udaje mu się skompletować wszystkich niezbędnych sprzętów i życzeń specjalnych.

Kierunek Ibiza!
P. Maindok
Szybkie szkolenie z jachtowego bhp i rozdzielam dalej obowiązki na dzisiejszy wieczór. W zasadzie cała załoga zostaje zaangażowana w zakupy rejsowe. Wypożyczony samochód kursuje tam i z powrotem bez przerwy, a końca zakupów nie widać. Zostaje z Grześkiem pod marketem z ostatnią partią siatek, czekając na transport do mariny. Nasza rozmowa zostaje przerwana nagle przez pana ochroniarza, który jak większość Hiszpanów, nie poczuł nigdy potrzeby posługiwania się językiem innym niż słodki hiszpański. Mając w zanadrzu polski, angielski, niemiecki i włoski pozostajemy bezradni wobec charyzmatycznej, szybkiej i kompletnie niezrozumiałej wypowiedzi ochroniarza. Hiszpan mimo to nie zraża się i tłumaczy dalej, równie szybko i niezrozumiale, ale tym razem z pełną gestykulacją, co znacząco ułatwia komunikację. Po drugiej rundzie z gestami, wiemy już, że po zamknięciu sklepu nie jesteśmy mile widziani na parkingu i krótko mówiąc, obsługa każe nam się wynosić. W tym samym momencie nadbiega zdyszany Łukasz z mieszanką zdziwienia, rozbawienia i zdenerwowania na twarzy.
- parking jest zamknięty blokadą z wózków! Chodźcie szybko, bo stoję na środku ulicy.
Dziwne mają tu zwyczaje – wózkowa blokada wygląda doprawdy komicznie. Maleńki samochód okazuje się równie pakowny, co bakisty u mnie na jachcie. Wracamy.

Zdrowa jachtowa żywność...
A. Cioch
Wczorajsze świętowanie odbioru łódek i gotowości do rejsu nie przeszkodziło mojej dzielnej załodze wstać skoro świt, pomknąć do kontenerów, uroczo nazwanych łazienkami i ogarnąć się na umówioną godzinę zero. Odpalam silnik, słodki warkot diesla informuje, że jest on jak najbardziej gotowy do boju i tylko czeka aż manetka zmiany biegów przeskoczy do przodu. Zatem:
- oddaj prawy muring, oddaj lewy muring, oddaj prawą cumę, oddaj lewą cumę, chronić burtę!
Przesuwam manetkę w przód. SAOCO dumnie i z wdziękiem rusza, zostawiając z tyłu śpiące jachty. Zaraz za mną wypływa Biegan i Krzysiek. Kierunek Ibiza!

To, co tygryski lubią najbardziej!
P. Maindok
Nie potrafię opisać radości i ulgi, jaką odczuwam po minięciu, tak długo wyczekiwanych, główek portu. Teraz już wszystko będzie dobrze, wreszcie jesteśmy na morzu, wreszcie możemy spokojnie zmierzać do celu i delektować się wiatrem we włosach i delikatnym kołysaniem. Wprawdzie wiatru jak na lekarstwo, a kołysanie niektórym nieco przeszkadza, ale przecież nie można mieć wszystkiego.

Katarzyna Pawełczyk