piątek, 26 sierpnia 2016

Jacht widmo



3.08.2016
Z nienacka przychodzi kolejna fala zmęczenia i osłabienia. Nic dziwnego – zbliża się noc, nie jadłam nic od piątej nad ranem, a to co zjadłam wtedy, skrupulatnie usunęłam z żołądka. Jestem wściekła na tak radykalną reakcję organizmu na opary diesla serwowane w solidnym rozkołysie. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś takiego, co by mnie wyłączyło ze służby na pokładzie. Jasiek patrząc na moją wątłą sylwetkę i bladą twarz, każe iść pod pokład się położyć. Nie próbuje protestować, choć jest mi wstyd, że moja przydatność zmierza do zera dzisiejszego dnia. Budzą mnie odgłosy licytacji w kokpicie. A licytacja dotyczy wyboru nieszczęśliwca, który zejdzie pod pokład i spojrzy na nawigację, podając przy tym kilka przydatnych informacji. Chcąc odkupić swoje grzechy wcześniejszego zejścia z wachty i czując się znacznie lepiej, oferuje że zostanę nawigatorem do samego portu. Chłopaki przyjmują moją propozycję z nieskrywaną radością. Laptop nieco zamókł, co czyni obsługę touchpada i ekranu dotykowego nie lada wyzwaniem. Kiedy ja podaje koordynaty i wskazówki nawigacyjne, z kokpitu do ciepłej koi zostaje oddelegowany Staszek z objawami wczesnej hipotermii. Robi się mocno przytulnie, żeby nie powiedzieć ciasno jak diabli, ale przecież komfort czy też jego brak to teraz najmniejszy problem. Na górze Alex z Jaśkiem dzielnie walczą o przetrwanie na gęsto utkanym statkami Skagerraku. Nie mamy świateł nawigacyjnych, bo na chwilę przed zmierzchem mieliśmy mały pożar instalacji elektrycznej i akumulatory zostały odłączone ze względów bezpieczeństwa. Generalnie jesteśmy łódką widmo. Podziwiam z dołu determinacje panującą na górze i staram się być pomocna, co jakiś czas dając wskazówki nawigacyjne i mile dzielące nas od Skagen.  Staszek, nie wiem czy do siebie czy do mnie, szepcze że to koniec rejsu. Ja wyliczam, że przy takim kursie i prędkości, ewentualny koniec rejsu w Danii nie jest wcale tak bliską perspektywą. Oczy same mi się zamykają, a upionizowanie się do pozycji siedzącej wymaga ogromnego wysiłku. 
Nieprzewidywalny silnik nie zawiódł w najwrażliwszym momencie
J. Chudzik

W końcu pada długo wyczekiwany pomysł odpalenia silnika- wprawdzie nikt nie ma nadziei, że ruszy, niemniej próbować warto. Kiedy działka Staszka pojawia się na tapecie, od razu wyskakuje on z koi i zarządza procesem wskrzeszania. O dziwo udaje się go odpalić za pierwszym razem. Wprawdzie przy akompaniamencie duszenia i krztuszenia, ale to przy efekcie końcowym nie ma już żadnego znaczenia. Alex z ogromną ulgą i radością porzuca koncepcje podejść na żaglach do duńskiego portu, nad którymi myślał od dobrych kilku godzin. Od spokojnego snu dzielą nas jeszcze około dwie godziny, ale już nikt nie ma wątpliwości, że ten mały koszmar skończy się dobrze.  
Katarzyna Pawełczyk

czwartek, 25 sierpnia 2016

Pompuj zęzę!



Wreszcie pierwsza wachta dobiegła końca. Czym prędzej schodzę pod pokład do komory gazowej, by oddać się w objęcia Morfeusza – ostatnia nadzieja w uleczającym śnie. Zawijam się szczelnie w śpiwór i staram nie myśleć o odurzających oparach wydobywających się z pod gretingów. Udaje mi się nawet zasnąć snem lekkim, acz wystarczającym na delikatną regeneracje. Cztery godziny odpoczynku mijają zdecydowanie za szybko. W pozycji embrionalnej pod śpiworem czyje się już całkiem nieźle, jednak próby pionizacji przyprawiają mnie o ścisk żołądka. Wskakuje szybko w sztormiak i udaje się czym prędzej do kokpitu na kolejną porcję świeżego powietrza. Siły, które nabrałam podczas leżakowania, opuszczają mnie natychmiastowo. Zsuwam się na burtę i zasypiam niepostrzeżenie w pozycji, w której normalnie ciężko by mi było usiedzieć. Jedna z większych fal budzi mnie w sposób brutalny i daleko wykraczający poza dobre maniery. Czuje jak maleńka ale wystarczająco zimna strużka spływa mi pod wszystkimi warstwami ubrań, powodując wyjątkowo nieprzyjemny dreszcz. Staszek, przemoczony i zziębnięty w końcu zdobywa się na heroiczną próbę zejścia na dół. Jednym skokiem osuwa się w przestrzeń między koją nawietrzną a stołem. Ja z kolei zajmuje jego miejsce. 
Klasyczna, drewniana, nieprzygotowana...
J. Chudzik

Próbuje się zebrać na tyle by zmienić Jaśka za sterem i wtedy na pokład wdziera się gigantyczna fala, rodem z filmików z Volvo Ocean Race, które do tej pory podziwiałam na youtube. Zalewa doszczętnie cały pokład, wdziera się bezpardonowo do mesy i każdej zęzy, zalewa dziób i pozostawia wrażenie jakbyśmy właśnie walczyli o życie na oceanie południowym, a nie płynęli w ciężkich ale stabilnych warunkach do Skagen. Wszelkie objawy osłabienia znikają w mgnieniu oka, rzucamy się z Jaśkiem do ręcznej pompy zęzowej. Pompuje ile fabryka dała w wątłych mięśniach, a chłopaki ze zdziwieniem wychylają głowy w zejściówce.
- co to ku**a było?!
Potwierdzamy, to wszystko co znajduje się na youtube nie jest wytworem wyobraźni i photoshopa autorów filmików, a absolutną rzeczywistością. „Just another day at office”  - cytujemy z uśmiechami na twarzach hasło z rewelacyjnego filmiku, oczywiście z Volvo.  Humory dopisują po takim skoku adrenaliny, choć nie na długo. Jasiek rzuca prośbę pod pokład o sprawdzenie poziomu wody w zęzach. Niestety odbija się ona o mur choroby morskiej, szczelnie oplatający chłopaków. Chwilę później Alex wbiega do kokpitu po raz kolejny wyganiać demony w dantejskich scenach. Kiedy jednak okazuje się, że wysiadły nam pompy zęzowe i woda w błyskawicznym tempie podchodzi do gretingów, dzielny kapitan w mgnieniu oka zapomina o swoich dolegliwościach morskich i rzuca się po wiadro i pięciolitrowe baniaki. Staszek zrywa się jak oparzony i odruchowo zanurza wszelkie dostępne naczynia w zęzie skrupulatnie wypełnionej morską wodą. Wściekłe fale nie ułatwiają zadania. Idzie wiadro za wiadrem i pompa ręczna. Mobilizacja na pokładzie sięga zenitu. Sytuacja robi się poważna. Kolejne wiadra w szaleńczym tempie idą za burtę, a wody wcale nie ubywa. Staszek nalega byśmy wezwali pomoc i poprosili o asystę do Skagen. Alex go uspokaja, tak jak prawdziwi kapitanowie zwykli robić i obiecuje, że wrócimy do tematu kiedy tylko woda w zęzach zostanie wybrana. Walczymy dłuższą chwilę, rozpaczliwie próbując uruchomić elektryczne pompy w między czasie. W końcu łaskawie podejmują współpracę i sytuacja daje się względnie opanować. Poczucie ulgi pokryło pokład i pomysł wzywania pomocy zostaje odroczony. Chociaż nawet gdybyśmy chcieli już teraz zaraz ją wezwać, to byłoby to niemożliwe ze względu na kiepski zasięg ręczniaka UKF i zupełną pustkę na akwenie. 

O poranku zobaczymy ląd. Musimy.
J. Chudzik
W głowie pojawia mi się bardzo nieprzyjemna refleksja – gdybyśmy poszli teraz na dno, to odbyło by się to w ciszy, samotności, bez świadków i jakiejkolwiek nadziei na pomoc. Nikt by nie wiedział, że gdzieś między Morzem Północnym a Bałtykiem czwórka dzielnych, choć być może nie do końca rozsądnych żeglarzy potrzebuje pomocy. Po prostu zgasło by dla nas światło, a świat toczyłby się niewzruszenie dalej. Dopiero zmartwieni rodzice podnieśli by alarm po kilku dniach bez kontaktu z nami, jednak wtedy byłoby już za późno na cokolwiek... Czarne scenariusze przerywa ta moja absolutna pewność, że morze mnie nie skrzywdzi i stuprocentowe, choć nieuzasadnione  przekonanie, że bezpiecznie dotrzemy do portu tej nocy. 
Katarzyna Pawełczyk

wtorek, 23 sierpnia 2016

W oparach diesla i objęciach choroby morskiej



Intuicja morska każe mi szybko zjeść swoją porcję i oddelegować się do pokładowych obowiązków lub koi, jeśli kapitan uzna że to nie moja wachta będzie tą rozpoczynającą rejs. Siadam skulona w kokpicie, a Jasiek rzuca błogosławione pytanie o konieczność bycia na pokładzie nas wszystkich, na które pada jeszcze bardziej błogosławione pozwolenie na powrót do spania dla mnie i niego. Niestety fale stają się coraz zajadlejsze w miarę zbliżania się do otwartego morza. Z głębokiego snu nici. Na szczęście wykształciłam w sobie ostatnio umiejętność zapadania w świadome, acz dające wytchnienie drzemki. Leżę zatem w delikatnym letargu zastanawiając się nad własnym samopoczuciem i z zadowoleniem stwierdzam, że po chorobie morskiej póki co ani śladu. Radość zwycięstwa była jednak zdecydowanie przedwczesna. Jakiś straszny diabeł podkusił mnie by na czterdzieści minut przed wachtą pójść do mesy na pogaduchy z Jaśkiem, który ze spaniem miał ewidentne problemy. W mesie rozchodziła się ostra woń diesla, drażniąca nie tylko drogi oddechowe ale także wystawiony na morską próbę żołądek. Po niecałych dwudziestu minutach poczułam silną potrzebę wyjścia na pokład. W błyskawicznym tempie wskoczyłam w sztormiak i zajęłam miejsce w kokpicie, oddychając głęboko. Żołądek miał mi ewidentnie za złe inhalacje paliwem, bo standardowa procedura łapczywego wciągania świeżego  powietrza nie przynosiła oczekiwanej ulgi. 
Wypływamy skoro świt
J. Chudzik

Przez głowę przebiega mi myśl, że to może być właśnie mój debiut z chorobą morską w pełnej krasie. Staszek już wisi za burtą, a Alex zaraz po skończonej wachcie zbiega pod pokład, by zająć strategiczną pozycje przeciwchorobową  na koi. Za sterem siada Jasiek. Nawet on, morski twardziel, ma niewyraźną minę. Morze bujało coraz bardziej, a spod pokładu co chwilę dochodziły okrutne zapachy. Jasiek dżentelmeńsko proponuje mi przejęcie steru, co zawsze powoduje ulgę w cierpieniach morskich. Odrzekam, że zaraz wezmę ale muszę kontrolnie przesiąść się na burtę zawietrzną. Nie minęło dziesięć minut, kiedy mój pierwszy pawik pofrunął z gracją za burtę. Cieszę się jak małe dziecko – zarówno z poczucia ulgi, jak i z faktu, że to nie byle co, a samo Morze Północne mnie sponiewierało. Chwilę później na szczupaka wybiega spod pokładu Alex, szybko podstawiam mu wiadro i czuje mocarny uścisk na udzie, nieco powyżej kolana. Kapitan zaczyna wyganiać demony, jednocześnie zgniatając mi nogę – skąd w takim momencie tyle siły w tym chłopaku?! Taki styl rzygania bawi mnie niemiłosiernie, a że sama przed chwilą oddawałam hołd Neptunowi, to śmieję się bez skrępowania – tak jak pozostali zresztą. Pierwszy raz widziałam coś takiego. Po zakończonych egzorcyzmach Staszek odbiera wiadro z zawartością i wprawnym ruchem wylewa zawartość za burtę. 

- Kasia to przynajmniej rzyga jak dama – komentuje, naśladując moje kocie ruchy na burcie.
- a ja mam teatralną wersję choroby morskiej – odcina się trochę zakłopotany Alex.

A więc każdy ma swój styl… Każdy poza Jaśkiem, który stwierdza, że w tych warunkach nie może ulec chorobie choćby nawet bardzo chciał, bo został jedynym w miarę kontaktującym człowiekiem na pokładzie.   W międzyczasie okazuje się, że wczorajsze łatanie jachtu na niewiele się zdało – fale zalewają nas w każdej minucie, a wraz z nimi pod pokład dostają się ogromne ilości wody. Pompy zenzowe pracują bez wytchnienia, a my decydujemy się na rozwiązanie z zastosowaniem „ciepłej koi”- jedna koja (pada na Jaśkową) musi pozostać sucha i ciepła niezależnie od tego by się działo. W praktyce oznacza to, że nie wolno się tam położyć, czy nawet usiąść w mokrych ciuchach, czy nie daj Boże w sztormiaku. Pierwszy z ciepłej koi korzysta pomysłodawca – Alex. Staszek nieugięcie pozostaje na pokładzie, co rusz wychylając się za relingi. Przejmuje ster w nadziei, że resztki choroby morskiej pójdą w zapomnienie. Niestety opary diesla, który w magiczny sposób ucieka nam do zenzy unoszą się w powietrzu, skłaniając mój żołądek do ponownej analizy jego składu. 
Pierwsza wachta melduje się na pokładzie
J. Chudzik

- podaj mi wiadro – rzucam niby od niechcenia do Jaśka. 
Czujnie pyta czy mnie nie zmienić w tej sytuacji. Twardo odpowiadam, że nie ma w zupełności takiej potrzeby, bo damy nie haftują do nie porcelanowych wiader – wywołuje tym śmiech na pokładzie i delikatne rozluźnienie atmosfery. Nie mniej żołądek potraktował to jak wyzwanie. Ja z kolei potraktowałam jak wyzwanie trzymanie kursu i zwracanie w tym samym momencie i… oboje podołaliśmy postawionym wyzwaniom.  Zrobiłam co miałam zrobić i dalej, jak gdyby nigdy nic płynęłam wyznaczonym kursem. Postanowiłam jednak już więcej nie rzygać w tym rejsie – pierwszy raz ok, kiedyś musiał nastąpić. Do wiadra za sterem ok  – nie lada to umiejętność w żeglarskim cv, no ale ile można? Dosyć. Zawsze ceniłam w sobie dotrzymywanie danego słowa, tak więc na dwóch razach się skończyło, co jednak nie przyniosło mi spodziewanej ulgi w katuszach jakie mnie dopadły. Tak mocnej choroby morskiej nie miałam jeszcze nigdy, osłabienie potęgował dodatkowo podtrzymywany z przymusu post. Z każdą chwilą czułam się coraz słabiej, a jakby tego było mało mój sztormiak był na granicy przemakalności. 
Katarzyna Pawełczyk

niedziela, 21 sierpnia 2016

Pora w morze nam

Z samego rana ciuchy i materace ponownie lądują na kei celem wypędzenia z nich resztek morza. Chłopaki po raz kolejny dopadają silkaflex, silvertape’a i czarną taśmę izolkę, szykując się na walkę z przeciekającym problemem, nie wiedząc jeszcze jak nierówna i w zasadzie niemożliwa do wygrania to walka.  Ja po raz kolejny walczę z kambuzem i rejsowym menu. Przeglądam, przekładam, wznoszę się na wyżyny kulinarnej kreatywności przy dostępnych, raczej skromnych zasobach. We wczorajszych negocjacjach ustaliliśmy, że będę dbała o sytość żołądków wilków morskich podczas tej przeprawy, ale zmywanie garów będzie należało do męskiej części załogi, co biorąc pod uwagę moją miłość do gotowania i wybitną wręcz niechęć do zmywania, jest mi bardzo na rękę – układ idealny. W zasadzie dawno już nie gotowałam na jachcie, więc jest to całkiem miła odmiana od kapitańskich obowiązków.
Planowanie kambuza
J. Chudzik
Kobieco-żeglarska intuicja mnie nie myli, natychmiast po zakończeniu prac uszczelniających, bohaterowie jachtu zaglądają do kambuza z wyraźnym głodem wymalowanym na twarzy. Krojenie dobiega końca, makaron i mięso dochodzą, w zasadzie timing wypada idealnie. Słyszę kilka lizusowskich pochwał na temat mojej kuchni i wzorowego wyczucia czasu w kambuzie i zabieramy się do wykwintnego, jeszcze lądowego obiadu. Z nadzieją w głosie wypytuje o stan forluku i szanse na suche wyrko. Jasiek zapewnia, że robota choć nie idealna, powinna zatrzymać większość fal i deszczu na deku i zapewnić możliwość snu bez kapiącej nad głową, wody.  Po obiedzie wpada do nas Philipe (właściciel jachtu) z nowo kupionym ręczniakiem UKF, zestawem flar i kilkoma innymi drobiazgami, poprawiającymi bezpieczeństwo żeglugi i komfort psychiczny dzielnej załogi.  Humory błyskawicznie wracają do uśmiechniętej i radosnej normy.  Śmiejemy się, że teraz to możemy orać morza i oceany na tej drewnianej łupince.
Tratwa ratunkowa jak się patrzy
J. Chudzik
Wieczorem atmosfera z pomocą Kapitana Morgana i farelki się rozluźnia do tego stopnia, że panowie fundują mi w mesie striptiz. Narzekać nie mogę - jest na co popatrzeć. Zrobiło się całkiem beztrosko i radośnie. Zachwycamy się naszą lampą naftową i papierowymi mapami, zawieszonymi designersko pod sufitem, zupełnie zapominając o całej górze jachtowych niedociągnięć i braków.
Prężą się Panowie...
K. Pawełczyk
Kapitan Alex zarządza pobudkę o 4 nad ranem, tak by wypłynąć o świcie. Dwa dni poślizgu zaczyna być  lekko niewygodne w planie rejsu, tym bardziej, że do Polski musimy dotrzeć przed 11 sierpnia., żeby zdążyć na Jaśkowe regaty. W egipskich ciemnościach jachtu rozbrzmiewają po kolei budziki. Odklejam ołowiane powieki w poszukiwaniu bezlitośnie dzwoniącego telefonu. Bardzo rozpaczliwie próbuje przetłumaczyć sobie, że to tylko zły sen i mogę przewrócić się na drugi bok, co zresztą nie należy do najłatwiejszych czynności w mojej ciasnej koi. Niestety zaraz po zamknięciu oczu słyszę nad głową:
- Kaśka… wstawaj!
Zanim zdążyłam się zorientować co się wokół mnie dzieje, kapitan z pierwszym oficerem dokonują pierwszej, bezskutecznej próby odpalenia silnika.  Drugi raz, trzeci raz. Nic. Wyzwiska w kierunku maszyny i znowu kilka prób. Do akcji wkracza pokładowy niezawodny mechanik Staszek. Coś grzebie, coś rusza, coś przekłada. Każe ponowić próbę. Znowu nic z tego. Postanawia spróbować odpalić ręcznie – dopada korbę, zerka kontrolnie do podręcznika dedykowanego dla tego modelu i instruuje Jaśka w kwestii współpracy. Pierwsza próba – nici. Druga, to samo. Staszek zalewa się potem i wściekłością, rzucając kilka soczystych komentarzy do komory upartego silnika. Emocje są już na tyle duże, że kawa w dniu dzisiejszym wydaje się zupełnie zbędna. Wyciągam produkty śniadaniowe i rozsiadam się w mesie, skrupulatnie wypełniając rolę kuka – moje pięć groszy przy silniku i tak by nic nie wniosło, a nerwy zużywają jednak sporo kalorii, wymagających natychmiastowego uzupełnienia.  Wreszcie udaje się odpalić skubańca! Na twarzy Alexa pojawia się wyraźna ulga. Staszek zamyka pokrywę silnika, a Jasiek biega już między cumami. Między jedną a drugą kanapką zdążyliśmy wypłynąć  z mariny. Uczucie niepokoju związane z pośpiechem, którego na morzu nie znoszę najbardziej (a niestety za często mi on ostatnio towarzyszy), zgrabnie ignoruje, smarując zawzięcie kanapki serkiem Philadelphia. 
Katarzyna Pawełczyk

niedziela, 14 sierpnia 2016

Morze Północne melduje się w koi



Niedziela wita nas ostrym słońcem i zupełnie nie norweską pogodą. Sporo pracy przed nami zanim wypłyniemy we właściwym kierunku – od sprawdzenia instalacji do testów łódki na morzu. Dziś okaże się jak nasze maleństwo radzi sobie z żywiołem. Staszek – nasz jachtowy mechanik, przed którym silniki nie mają żadnych tajemnic, krząta się między akumulatorami a wnętrznościami diesla, miotając pod nosem przekleństwa na dość oryginalne rozwiązania zastosowane na tej jednostce. Jasiek biega po pokładzie z taśmą „izolką” i z inżynierską precyzją poprawia wszystkie te elementy, które da się poprawić. Tak, jest ich całkiem sporo. Alex z kolei studiuje trasę rejsu grzebiąc to w nawigacji na laptopie, to w klasycznych, papierowych mapach. A ja? A ja upycham zaopatrzenie w nieskończonych zakamarkach jaskółek i bakist, planując posiłki na kolejne tygodnie, zgodnie z zasadą, że rutyna (zwłaszcza w posiłkach na morzu!) zabija. Zadanie jest dość karkołomne, bo o ile zrobienie urozmaiconego kambuza na tydzień nie stanowi najmniejszego wyzwania, o tyle cztery tygodnie są już porządnym testem kreatywności.
Jasiek i jego niezawodna "izolka"!
K. Pawełczyk
Wreszcie po obiedzie każdy melduje pełną gotowość do pierwszego zmierzenia się z klasyczną s/y Linnea za główkami portu. Warunki ku temu zapowiadają się idealne – umiarkowany wiatr z południa pozwoli pohalsować się nieco w Oslofjordzie,  poddając próbie możliwości drewnianej łódki. Pełne słońce nie zachęca do wbicia się w ciepłe sztormiaki, to też pierwsze dziesięć minut pozostajemy w bluzach i spodenkach. Podstępna fala jednak szybko rozbryzguje w kokpicie argumenty przemawiające za wygrzebaniem odpowiednich, wodoodpornych ubrań. Wiatr się wzmaga – wieje prosto w dziób, więc mimo wysokich obrotów silnika idziemy raptem trzy węzły, czekając na otwarte morze jak na zbawienie. Tuż obok szlaku żeglownego czają się bezlitosne, groźne skały i mielizny, czekając na najmniejszy błąd nawigatora lub sternika. Alex w pełnym skupieniu przeprowadza nas przez ten morski tor przeszkód. W końcu udaje się wypłynąć na morze – żagle wydają się być gotowe do pracy jak nigdy, nie możemy się doczekać ich postawienia! Jasiek w mgnieniu oka skacze do masztu i przygotowuje fał grota do sprawnego wybierania. Mimowolny uśmiech przejmuje kontrolę nad moją twarzą. Znowu jestem we właściwym miejscu i czasie.
Czujny kapitan na właściwym miejscu
J. Chudzik
 Staruszka zaskakująco dobrze radzi sobie w bejdewindzie. Ster chodzi ciężko, ale dzięki temu kurs można utrzymywać bez większego wysiłku. Tuż po zwrocie komplementy pod adresem nautyczności łódki lecą niczym spienione Morze Północne do naszego kokpitu. Staszek zostaje prezesem, witając się z Neptunem przez burtę dopiero co spożytym obiadem. Robi to jednak na tyle cicho i niepostrzeżenie, że gdyby nie spojrzenie na kolegę w tym „dobrym” momencie, nawet nie byłabym świadoma jego problemów z chorobą morską. Tymczasem na dziobie odbywa się mały dramat, który pojutrze stanie się preludium do wielkiej tragedii. Okazuje się, że zupełnie przecieka nam forluk i fragmenty burt, zrzucając solidne porcje wody na moją i Staszkową koję, ubrania i śpiwory, wkradając się podstępem również do jaskółek . Po dwóch godzinach obrywania falami, woda spływa również po nawigacyjnej, w kambuzie i do jaskółek Jaśka i Alexa w mesie. Oznacza to ni mniej ni więcej, że poniedziałek będzie dniem ogólno jachtowych napraw, uszczelniania i grubszych przygotowań.
Sporo roboty wciąż przed nami...
J. Chudzik
 W powietrzu znowu pojawiają się mieszane uczucia i gęsta atmosfera szaleństwa, na które się porywamy. Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, że stan techniczny i wyposażenie łódki pozostawia wiele do życzenia, a żegluga na otwartym morzu może okazać się aktem, lekko mówiąc, braku rozsądku. Kiedy jednak ktoś proponuje ci spełnienie marzeń, nie pytasz o cenę, balansując na cienkiej linii oddzielającej odwagę od głupoty, zupełnie nie przyjmując do wiadomości, że cena ta może okazać się za wysoka.
Po powrocie do mariny Staszek miota przekleństwami na szczeliny w kadłubie, biegając między keją a dziobem z mokrymi rzeczami. Jaśkowi i Alexowi też miny rzedną, kiedy okazuje się, że również z ich rzeczy można wyciskać słoną wodę. Tylko ja przed wypadem testowym zapakowałam szczelnie swój dobytek w worki na śmieci, pozostając teraz jedynie z mokrym materacem. Norweskie słońce łaskawie dopieszcza cały nasz cygański tabor wodny, wyciągając na tyle dużo wilgoci, że wieczorem każdy może położyć się w swojej koi nie ryzykując zamoczenia śpiwora. Chociaż tyle.
Katarzyna Pawełczyk